Choroby autoimunologiczne. Czy to koniec podróży?

colitis ulcerosa w podrozy

 W zeszłym roku stało się coś, co odmieniło nasz styl podróżowania, być może już na zawsze. W zeszłym roku Piotr, który od pięciu lat jest chory na wrzodziejące zapalenie jelita grubego (colitis ulcerosa), usłyszał od swojego lekarza wyrok: zmiana diety. Drastyczna! To miało zmienić nasze podróże. Zapomnijcie włoskie restauracje, zapomnijcie stoiska ze street foodem w Tajlandii. Indie – zapomnijcie w ogóle cokolwiek. Od dzisiaj, w podróży czy nie w podróży, priorytetem jest super zdrowa dieta. Codzienne gotowanie i wybieranie najlepszej jakości warzyw. Czy tak się da?

Modne chore jelita – czy z naszym jedzeniem jest aż tak źle?

Zdecydowałam się na napisanie tego tekstu, gdyż coraz więcej moich znajomych słyszy ostatnio wyrok: jesteś chory. Masz spaprane jelita i masz natychmiast zmienić styl życia, bo lepiej nie będzie. Masz odstawić alkohol, gluten i laktozę. I trzymać się zaleceń powolnych posiłków pięć razy dziennie.

Od ponad roku interesujemy się tematem zdrowych jelit. Nasza domowa biblioteczka wzbogaciła się o kilkanaście pozycji: „Nie daj się grzybom candida”, „Mordercza gumowa kaczka”, „Zdrowie człowieka w niezdrowym świecie” itp. Sama namawiam Piotra na podjęcie studiów dietetycznych, bo wydaje mi się, że niedługo będzie najlepszym znawcą tematu w Małopolsce.

Ale czy to nie tylko moda? Czy nie przesadzam czasem? Czy na pewno Piotr zemdleje i nie będzie w stanie wyjść z toalety, jeśli zje normalny obiad w restauracji?

Niestety to na ten trzeci punkt odpowiedź jest pozytywna. Nie, nie przesadzam. Stan Piotra jest ciężki i jakkolwiek byśmy tego nie lubili – musimy się uczyć z nim żyć. A co ważniejsze – podróżować. Bo bez tego nie ma naszego życia.

Co to jest colitis ulcerosa?

Piotr choruje na colitis ulcerosa, czyli wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Jak sama nazwa wskazuje, na jelitach pojawiają się wrzody, które wywołują bóle brzucha, krwawienie i potrzebę wypróżniania kilka-kilkanaście razy dziennie. W dalszym stopniu prowadzi to do odwodnienia i paskudnego wyczerpania organizmu. W najgorszych przypadkach dochodzi do wycięcia jelita i żywienia pozajelitowego.

Piotr dowiedział się o swojej chorobie 6 lat temu. O ironio, mniej więcej w tym samym czasie, jak zaczęliśmy się spotykać. Lekarz przypisał mu leki, Piotr je zażył i… miał spokój. Nie przejmował się dalszym życiem, poszedł na imprezę się napić, po imprezie zjadł kebaba. Wszystko w normie na kolejny rok.

Niestety po tym roku choroba wróciła – mocniejsza. Piotr postąpił więc podobnie. Zażył dużą dawkę leków, wszystko się uspokoiło, wrócił do życia zdrowego człowieka. Tak zrobił jeszcze dwa czy trzy razy, aż w końcu przyszedł rok 2014. I już tak dłużej się nie dało.

P. był coraz bardziej osłabiony. W gorszych momentach rezygnował z alkoholu, wzbraniał się od ostrego jedzenia (niekoniecznie słusznie). Oprócz bólu brzucha dokuczała mu zgaga, brał więc na nią leki. Zabrał się za leczenie, poszedł do szpitala – usłyszał potwierdzenie: ma wrzodziejące zapalenie jelita grubego i przepuklinę rozworu przełykowego.
Od tej pory leki przyjmował już stale.

Rok 2015 przelatywał lepiej lub gorzej. Po zwiększeniu dawki leków oczywiście sprawa uległa polepszeniu – pójście na dwa piwa nie stanowiło problemu. W teorii ograniczał też smażoną kuchnię (sama zrobiłam mu pieczonego karpia na wigilię zamiast smażonego), ale nie przestrzegał tego do końca.

Wykluczenie z diety glutenu

Mniej więcej w listopadzie, prawdopodobnie ze względu na stresującą sytuację, choroba rzuciła się na niego ze zdwojoną siłą.
Zwiększał dawkę leków, z alkoholu zrezygnował już całkiem. W maju 2016 roku postanowił wykluczyć z diety gluten. Chleb, którego zjadał prawie bochenek dziennie (przez to, że colitisy mają zaburzone wchłanianie, muszą jeść znacznie więcej niż „normalny” człowiek, a i tak są chudzi jak szkapy), makarony, pizze, pierogi i wypieki – wszystko to poszło w odstawkę. Wtedy pojechaliśmy na tydzień do Włoch i w odwiedzanych przez nas agroturystykach i restauracjach podaliśmy ważny punkt: dieta bezglutenowa.

Dieta bezglutenowa we Włoszech

To nie było trudne. Jak się okazuje, Włosi mają obowiązek prawny serwować dania bezglutenowe w publicznych placówkach (szkoły, hotele, restauracje itp.). Każdy poszedł więc do sklepu i nakupował bezglutenowych makaronów, chlebów i pizz. Wystarczyło ich o tym poinformować.

O diecie bezglutenowej we Włoszech chcę napisać osobny artykuł, więc nie będę się tutaj rozwodzić. Dajcie tylko znać w komentarzu, jak bardzo go potrzebujecie – jeśli bardzo, to przyspieszę proces publikacji. ;)

Sierpień 2016 – zaczynamy leczenie alternatywne 

Piotr robił wszystko, co mu przychodziło do głowy. Sytuacja się jednak nie poprawiała, a lekarze wciąż radzili po prostu zwiększenie dawki leków. Przełom przyszedł na weselu przyjaciela. Przedstawił Piotra swojemu szwagrowi, którego ojciec jest znanym w Małopolsce lekarzem.

-Nie można faszerować się ciągle lekami – na jedno pomagają, na drugie szkodzą – powiedział Syn. – czy wiesz, że zażywając je, nie powinieneś starać się o dzieci? Musisz zmienić styl życia.

Kilka dni później Piotr po raz pierwszy pojechał do dr Tadeusza Liczki. Dowiedział się, że leki, które przyjmuje na zgagę negatywnie wpływają na jelito. Doktor zapisał mu serię leków ziołowych, większość z ekologicznych plantacji Labofarm.

Drugim elementem była zmiana diety. Zlecamy badania na alergię pokarmową opóźnioną w Instytucie Mikroekologii w Poznaniu, a póki nie mamy odpowiedzi – przechodzimy na bardzo ścisłą dietę, która nie będzie podrażniać jelita. Mają to być gotowane warzywa i mięsa z ekologicznych hodowli (najlepiej baranina). Absolutnie żadnej chemii. Wszystko albo gotowane albo na parze – innej możliwości nie ma.

Badania na nietolerancję tylko potwierdziły przypuszczenia – Piotr nie toleruje prawie 40 ze 100 wymienionych w badaniach produktów, w tym nabiału, glutenu, kaszy gryczanej, jajek i warzyw strączkowych. Wszystko to odchodzi w niepamięć, a my lecimy dalej na prostej diecie opartej na gotowaniu w wodzie i parowaniu. Jaglanka jest naszą największą przyjaciółką.

Wrzesień 2016 – zdrowa dieta w górach Słowenii

We wrześniu mieliśmy pierwszy test – wycieczkę do Słowenii. Byliśmy tam zaproszeni przez organizację turystyczną, więc od razu daliśmy znać, że Piotr je tylko gotowane warzywa, ryż i dobrej jakości mięso.

W to ostatnie nie wierzyliśmy, więc Piotr musiał się ograniczyć do diety wegańskiej. A przecież szliśmy na trzydniowy szlak na Triglav.

Było źle! Trasa wyczerpująca, a w poszczególnych schroniskach nikomu nie przyjdzie do głowy ugotować warzyw. Nie ma nawet gotowanych ziemniaków, bo kuchnia ogranicza się np. do gulaszu i placków ziemniaczanych. Nosiliśmy w plecaku woreczki ryżu i prosiliśmy o ugotowanie go.

Kolejne hotele i restauracje się dziwiły – przecież przygotowaliśmy pieczoną rybę! Co jest nie tak?!
No właśnie jest. Miała być gotowana. Wtedy albo odsyłali nas z kwitkiem, albo czekaliśmy kolejną godzinę na ugotowanie ryby od nowa.

Październik 2016 – własna kuchnia w Paryżu

W Paryżu było inaczej. Nocowaliśmy u mojego przyjaciela, mieliśmy więc kuchnię do swojej dyspozycji. Codziennie rano Piotr wstawał wcześniej i gotował sobie ziemniaki, ryż (coraz mniej) i warzywa. Dało się? Niby tak, ale nie bez problemów.

Nawet największa porcja nie starczała na cały dzień. Wiecie, jak to jest ze zwiedzaniem – wychodzi się z domu o 9 rano i wraca o północy. My tymczasem musieliśmy wracać w połowie dnia, by gotować (a Paryż niemały – powrót do mieszkania i z powrotem do miasta to półtora godziny). Z perspektywy czasu wydaje mi się, że największym problemem była psychika – ani ja, ani on nie mogliśmy się pogodzić z tymi nowymi przeszkodami.

Listopad 2016 – kuchenka turystyczna w Londynie i odkrycie baraniny w muzułmańskich dzielnicach

W listopadzie jechaliśmy do Londynu. Tym razem mieliśmy spać w hostelach i pensjonacie – nie mieliśmy więc miejsca do gotowania, a nie ufaliśmy restauracjom, że zrobi nam to, o co prosimy. Zainwestowaliśmy więc w kuchenkę turystyczną i garnek. Zastanowiłam się, co na lotnisku powiedzą strażnicy na widok tak nietypowego bagażu podręcznego, ale nie powiedzieli nic.

Myślałam, że go zabiję! Kuchenka nadawała się od razu na śmietnik. Miała tylko jeden palnik, więc Piotr musiał gotować w niej po kolei – najpierw ziemniaki, potem warzywa, potem kaszę lub ryż. Miała tak słabą moc, że trwało to godzinami. Budziłam się o pierwszej w nocy, a Piotr wciąż gotował. A przecież o 7 rano mieliśmy już wstawać by ruszyć na targi turystyczne, na które przyjechaliśmy do Londynu. Ja byłam wściekła, Piotr był wściekły i jednocześnie czuł się winny. Zawinił po pierwsze sprzęt, ale po drugie my (ja!). Krzyczałam, że chcę spać, że przesadza, że nie po to jechałam do Londynu, by 6 godzin dziennie siedzieć w hotelu i gotować. Że przecież są ekologiczne knajpy i na pewno w nich da się coś zjeść.

Wiecie gdzie się dało? W restauracji libańskiej. Tam baranina duszona w tadżinie z warzywami i dodatkowo ryż z przyprawami okazały się świetną opcją. P. po raz pierwszy od trzech miesięcy zjadł w restauracji prawdziwy obiad.

Styczeń i luty 2017 – przyzwyczajenie

Powoli uczyliśmy się żyć z naszymi nowymi wymogami w podróży. Jeszcze na początku stycznia wzięliśmy ze sobą do Bardejowa elektryczny parowar i to w nim parowaliśmy Piotrowi ryż i warzywa. Plusem było to, że w tym, wcale nie małym, robocie można było przygotować 3 rzeczy naraz. Minusem – że robiliśmy to w spartańskich warunkach.

Co innego w Sztokholmie i Kijowie. W tym pierwszym spędzaliśmy wieczory w hostelu, w którym znajdowała się duża kuchnia do użytku gości. W Kijowie z kolei wynajęliśmy całe mieszkanie, gdzie kuchnia nie odbiegała od tej, którą mieliśmy w Rabce. Co więcej – mieszkaliśmy obok niesamowitego supermarketu z dużą ilością ekologicznych warzyw i mięsem z królika.

Domyślamy się, że tak właśnie trzeba będzie robić. Niestety restauracje nie są przygotowane na przyjmowanie osób z chorymi jelitami. Nawet jeśli znajdujemy najbardziej bio-miejsca, to i tak- mimo że potrawy są: wegańskie, pozbawione orzechów itp., to i tak coś zawsze będzie nie tak – najczęściej chodzi o przygotowanie. No bo bądźmy szczerzy – gotowanie w wodzie nie jest najsmaczniejszym sposobem przygotowywania potraw. Częściej znajdziemy je pieczone, smażone czy z grila.

Naszym nowym pomysłem jest wożenie ze sobą szybkowaru – dzięki temu Piotr może ugotować sobie obiad w 15, a nie 45 minut. Niestety minusem będzie jeden garnek, zamiast trzech pojemników – jak w parowarze.

Masz chore jelita? Oto co powinieneś zrobić

-Zmień dietę! Natychmiast. Niemal na pewno nie tolerujesz glutenu i nabiału, które przynajmniej ogranicz. Oczywiście wyklucz smażone potrawy, alkohol i słodycze. Te ostatnie zastąp owocami i miodem
-zrób badanie na opóźnioną alergię pokarmową – wtedy dobrze będziesz wiedzieć, czego powinieneś unikać
-dużo pij – nie przypisowe 1,5 litra, ale 3-4 litry
-zaprzyjaźnij się z ziołami. Odstaw czarną herbatę – pamiętasz jeszcze smak rumianku i mięty? Przecież są super smaczne, prawda! A przy okazji robią szalenie dużo dobrego. Polecamy zioła z firmy Labofarm, która prowadzi swoje uprawy na bardzo wysokim poziomie
-przyjmuj probiotyki. Nie dlatego, że dopiero co brałeś antybiotyk. Bierz je profilaktycznie! I niech to będą probiotyki pasujące do twoich potrzeb. Ja w podróży od jakiegoś czasu przyjmuję probiotyki ginekologiczne, zwłaszcza jeśli korzystam z sauny i basenu. Piotr zażywa probiotyki wieloszczepowe pomocne w colitis ulcerosa. Dużo więcej dowiecie się na fanpage’u Mikroby.

Zdrowa dieta w podróży. Zwłaszcza dla osób z chorobami autoimmunologicznymi

-wybieraj miejsca noclegowe, w których sam możesz przygotowywać jedzenie: mieszkania na wynajem (polecam zwłaszcza AirBnB. Przez ten link dostaniesz 25 euro zniżki na pierwszy nocleg) i hostele, które mają wspólną kuchnię dla gości.
-jeśli musisz spać w hotelu, weź ze sobą coś do gotowania. Jeśli jest to maszynka elektryczna, niech posiada dużą moc. Inne rozwiązania to parowar lub szybkowar. Dobrze, jeśli przed przyjazdem spytasz czy pozwolą ci ją używać w pokoju
-podobnie jak w swojej rodzinnej miejscowości: szukaj sklepów z ekologiczną żywnością
-pij jeszcze więcej wody i ziół niż w domu. Zażywaj korę dębu, która ma świetne działanie odkażające, a także bierz probiotyki
-jeśli śpisz w dobrym hotelu, poinformuj go wcześniej mailowo o swoich preferencjach żywnościowych. Miejsca na wysokim poziomie powinny je uwzględnić.
-miej przy sobie woreczki z ryżem i kaszą. Zwykle kupujemy je w dużych workach, ale na wyjazdy zawsze bierzemy małe woreczki. To świetne jednorazówki, które można podać w schronisku górskim czy restauracji i poprosić o ugotowanie.
-a jeśli zabraknie ci energii… weź łyżeczkę miodu. Oczywiście z pewnego źródła. Zastąpi słynną podróżniczą czekoladę.

No i przede wszystkim: nie rezygnuj ze swojej podróżniczej pasji. Największą przeszkodą jest często bariera psychiczna. Potem już z górki ;)

Pierwszy raz dzielę się tu z wami historią ze świata chorób. Ciekawi was ten temat? Jeśli tak będziemy pisać więcej: o diecie bezglutenowej we Włoszech, o tym jak szukać zdrowej żywności, jakie zioła i oleje kupować w poszczególnych krajach, by wyciągnąć z nich to co najzdrowsze. Dajcie znać czy chcecie o tym czytać! A jeśli jesteś tu po raz pierwszy, dołącz do czytelników bloga na Facebooku. Dzięki temu będziesz informowany o nowych tekstach w tym i innym temacie.

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Agnieszka Ptaszyńska

pisarka podróżnicza
z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka, wielbicielka włoskiej kawy i dużych psów. Straszna bałaganiara w życiu i na papierze (dysortografka). Promotorka idei odpowiedzialnego podróżowania, którą stara się przekazać na blogu. Zawsze chętnie służy podróżniczą radą. Publikowała na Onecie, w Czasie Kultury i na portalach podróżniczych. A no i napisała przewodnik po Trapani :)

33 przemyślenia na temat “Choroby autoimunologiczne. Czy to koniec podróży?”

  1. ~Joann pisze:

    Tak, zdecydowanie takie teksty są podtrzebne! Bardzo chciałabym artykuł o diecie bezglutenowej we włoszech, bo bardzo chcę się tam wybrać na jesieni, a właśnie wizja szukania bezglutenowego jedzenia mnie martwi. I będę wdzięczna jeśli powiesz jakimi testami Piotr się diagnozował, bo rozważam imuno pro. Jednak cena mnie odstrasza.
    Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia!

    1. dokładnie – było to imuno pro 100. Choć był to błąd, bo mógł od razu zrobić 300. Cena oczywiście boli :(

  2. ~agg pisze:

    Myślałam,że jestem osamotniona w podróżowaniu z chorobą jelit. Niestety również nie mogę zadowolić się jedzeniem z budki czy gotowych potraw w hotelu. W podróże (choć niezbyt dalekie) zabieram ze sobą probiotyki, oczyszczający z toksyn węgiel aktywny i swój bezglutenowy chleb. Czasy kiedy mogłam posilić się pizzerinką czy bagietką odeszły w niepamięć. Póki co również stosuję leczenie naturalne i widzę dobre efekty. Jednak obawiam się, że zdrowa dieta wpisała się już nieodwołalnie w moje podróże. Polecam sok z kiszonych buraków, ma na prawdę niezłą moc i dodaje energii.

    1. Właśnie dlatego zdecydowałam się napisać ten artykuł. Bo wydaje mi się, że takich „osamotnionych” jest bardzo dużo. Warto więc się poznać i powymieniać się doświadczeniami.

  3. ~Monika pisze:

    Bardzo przydatny artykuł!
    Pokazuje, że nie jest łatwo, ale się da.
    O artykuł o bezglutenowych Włoszech poproszę – myślałam, że lepiej już tam nie jechać :D

    1. ~Bożena pisze:

      Gdzie można zrobić takie testy i jaka cena?

      1. ~Piotrek pisze:

        Badania robi się w Instytucie mikrobiologii w Poznaniu. Nazywa się ImmuPro, w zależność od ilości alergenów koszt od 400-1500zł.

  4. ~Iwona pisze:

    Dowiedziałam się ostatnio, że z ryżem trzeba uważać, podobno jest w dużej części skazony metalami ciężkimi, bo w Chinach jest generalnie duże skażenie. Sama dużo do niedawna jadłam ryżu i jego przetworów, bo to dobry zamiennik w diecie bezglutenowej, myślę że ta informacja jest ważniejsza dla takich osób jak my, bo jemy więcej ryżu niż inni.

    1. Zgadza się. Co więcej – dodawany jest do niego arszenik, by wytruć szczury na plantacjach. Jednak same ziarna są dużo mniej modyfikowane niż nasza rodzima pszenica.

    2. ~Piotrek pisze:

      Niestety to prawda. Ryż w marketach jest coraz gorszej jakości. Kasza jaglana póki co się nieźle trzyma jakościowo.

  5. ~Ewa Mroczkowska pisze:

    Super artykuł. Mam również problemy z jelitami, więc informacje bardzo mi się przydadzą. W miarę jest dobrze jak jestem tylko w domu, a jak wyruszam w podróż wszystko za sprawa jedzenia wraca.

    1. ~Piotrek pisze:

      Spróbuj na wyjazdach mocno gotować wszystko co jesz. Mi to zawsze pomaga ;)

  6. ~kuba pisze:

    Cześć,
    bardzo arbitralny tekst, eklektyczny zlepek różnych pomysłów dotyczących pochodzenia i leczenia tego typu chorób. Na podstawie historii jednego chorego, nie można zakładać, że mając chorobę autoimmunologiczną jelit, prawie na pewno nie toleruje się glutenu.
    Powodzenia w radzeniu sobie z jelitowymi problemami,
    Kuba

    1. Absolutnie nie jest to na podstawie jednego chorego. Odwołuję się do dziesiątek publikacji.

    2. ~Piotrek pisze:

      Tak, to eklektyczny zlepek moich i nie tylko moich doświadczeń/przemyśleń. Większość chorych na CU i CD wypowiadających się na grupie wsparcia odczuwa poprawę po jego odstawieniu. Czytałem też sporo książek i artykułów w których mówi się o glutenie jako rozszczelniaczu jelit a nawet przyczynie chorób z autoagresji.

  7. Bardzo potrzebny artykuł. Coraz więcej osób ma mniejsze lub większe problemy z jelitami. Coraz więcej przetworzonej żywności, jej niska jakość nie pomagają. Czytałem książkę o grzybach Candida, o której wspominasz i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Miałem w zasadzie większość objawów, których nigdy żaden lekarz nie skojarzył z Candidą. Podziwiam Waszą determinację i trzymam kciuki za pozytywne nastawienie i nie rezygnowanie ze swoich pasji. Jesteście inspiracja dla mnóstwa osób. Dziękuję Wam za to :)

    1. ~Piotrek pisze:

      Candida to strasznie przebiegłe drożdżaki, tylko czekają by nas zaatakować w dogodnej sytuacji. Dr. Andrzej Janus twierdzi nawet, ze to one odpowiadają za moje problemy ;)

      1. ~teresa pisze:

        Candida potrafi niezle uprzykrzcy zycie, po kuracji mialam długo spokoj.

  8. ~Zuu pisze:

    No jasne, że takie wpisy są potrzebne! W dzisiejszych czasach (antybiotyki nie tylko często przepisywane na wszystko, ale i obecne w jedzeniu, mnóstwo detergentów, mnóstwo cukru) problemy z jelitami są coraz częstsze…
    Pewnie znacie i przeczytaliście, ale na wszelki wypadek wrzucam:
    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/249120/historia-wewnetrzna-jelita-najbardziej-fascynujacy-organ-naszego-ciala
    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/290331/dobre-bakterie
    https://vitalni24.pl/168973-program-przywracania-rownowagi-jelitowej-010011076.html
    I trzymam kciuki!

  9. ~Piotr pisze:

    Pewnie jesteście na bieżąco z badaniami, ale mogliście o tym nie słyszeć: WYMIANA flory bakteryjnej.
    https://www.google.pl/search?q=wymiana+flory+bakteryjnej+w+jelitach&ie=utf-8&oe=utf-8&client=firefox-b&gfe_rd=cr&ei=OqvPWLvRLcmv8weI15SgBw
    NIE leczenie, odbudowywanie tylko WYMIANA swoich, złych bakterii na zdrowe. To badania naukowe – profesorowie, szpitale, laboratoria, grupy kontrolne, granty itp. a NIE jeden genialny doktor z idee fix.
    Wyniki przy chorobach typu Crohn-Lesniewski podobno są świetne. W ostatnich miesiącach czytałem też o badaniach w których taki zabieg poprawił stan dzieci z autyzmem. Po kuracji zmieniły się ich zdolności umysłowo-socialne. Wiem, brzmi jak np. homeopatia, ale badania raczej wiarygodne.

    1. ~Anka pisze:

      Jeśli chodzi Ci o tzw. zmianę mikrobiomu /przeszczep kału itp. nazwy, to rozczaruję Cię -w Polsce to dopiero raczkuje i nie ma aż tak spektakularnych efektów na wszystkie „jelitowe stany”, jak niektórzy obiecywali. Poza tym procedura ta wykazuje dużą skuteczność głownie przy zakażeniu Clostridium difficile, a nie stricte przy nieswoistych zapaleniach jelit (CU, CD i inne).
      Przeszczep kału jest kwalifikowany jako procedura pomiędzy „normalną” transplantacją a terapią probiotyczną. Jego ryzyko nie jest do końca znane. Potrzeba jeszcze wielu testów, badań kontrolnych grup itd.
      W Polsce zajmują się tym z tego co wiem jak narazie trzy ośrodki, najstarsze dane są zdaje się sprzed pięciu lat.
      Pozdrawiam, Anka

  10. ~Marcin pisze:

    Heh ja sam miałem swego czasu uporczywe biegunki i nawet także podejrzewalem wrzodziejace zapalenie jelita grubego. Na szczęście minęło ale zgaga także mnie męczy. Choroba ta jest naprawdę ciężka zwłaszcza w młodym wieku gdyż słyszałem że u znajomego młodego chłopaka już w wieku 20 lat jelito obumarlo. Twój artykuł jest świetny ponieważ lekarze zwykle leczą chorobę ta tylko lekami a to droga donikąd. Znieść swój wpis na jakimś forum poświęconym temu schorzeniu – na pewno pomoże wielu wielu ludziom. Ja oczywiście że chce czytać takie wpisy bo sam się boję że kiedy niestety nie będę już mógł jadać w restauracjach albo że także ono u mnie się rozwinie. Pozdrawiam :)

  11. ~Lucy pisze:

    Witaj! Dziekuje za ten wpis..wyobrazam sobie,ze macie ciezko. Zycze sily i samozaparcia. Mnie wspomaga leczenie preparatami Joalis. Super efekty!! Wspanialy lekarz,z tym ze w Poznaniu.

    Wybieram sie juz niedlugo z przyjaciolka naSycylie,ma podobne problemy..ścisla dieta..Sa tam sklepy z zywnoscią bezglutenową.
    Cos mozesz doradzc..?
    Pozdrawiam

    1. Tak jak pisałam w artykule – we Włoszech jest obowiązek posiadania opcji bezglutenowej w hotelu i restauracji. Ze sklepami gorzej. Sycylia to jednak „trzeci świat”. Jak już to szukajcie w supermarketach.

  12. ~tomek pisze:

    ja latam po calym swiecie razem z CU i moją Żoną :) moje jelito kocha Tajlandie

  13. ~Kamila pisze:

    Jedno tylko małe sprostowanie – wycięcie jelita nie oznacza od razu żywienia pozajelitowego, ma się wtedy stomie i w zasadzie jesz wszystko, albo szyja zbiornik z cienkiego i wtedy z jedzeniem już bardziej trzeba uważać. Pozdrawiam :-)

    1. To oczywiście prawda. Muszę to poprawić. Skrót myślowy się wdarł.

  14. ~Adriana JL pisze:

    Hej Agnieszka!

    Czytałam Twój wpis i trochę miałam wrażenie, że miałam dużo szczęścia. ;)

    Ponad dwa lata temu, w trakcie pracy w wegetariańskiej restauracji, zostały u mnie zdiagnozowane nietolerancje pokarmowe (tu jest wpis, gdybyś chciała przeczytać https://wloczykijada.adziklipa.me/2016/10/30/what-the-hell-do-you-eat/). Może nie było najłatwiej, ale z tego co wiem, to np. w Irlandii w większości wegańskich, wegetariańskich, hinduskich, Hare Kriszna czy libańskich knajp, podstawą jest gotowany ryż z warzywami (też gotowanymi). Gotowanie w wodzie/na parze może być zajebiste, jeżeli tylko dobrze się wszystko przyprawi.

    Ze względu na głupią candidę, musiałam ograniczyć cukier i alkohol (a wcześniej już odpadły nabiał, gluten i drożdże). W październiku wyjechałam z mężem na czteromiesięczny eurotrip. Kupiliśmy kuchenkę i menażkę, od kolegi dostaliśmy plastikową superlekką deseczkę do krojenia, a od drugiego miałam składany nóż Opinela i tam, gdzie nie było bezpiecznie jeść, gotowaliśmy sami, nawet jak nie było kuchni. Zajmowało to max. godzinkę lub dwie. Musieliście mieć naprawdę dużego pecha z Waszą kuchenką. Robiliśmy dania jednogarnkowe, czyli ryż z warzywami, dahl z soczewicy czy ciecierzycę z dodatkami. Uwielbiam też chiński makaron ryżowy czy z tapioki, który wystarczy zalać wrzątkiem i świetnie się sprawdza w ekstremalnych sytuacjach, gdy nie ma kuchenki do dyspozycji.

    Jak byliśmy krótko w jakimś miejscu, to gotowałam obiad rano czy poprzedniego dnia wieczorem i brałam do termosa.
    Jak wyjeżdżaliśmy na weekend, to gotowałam na cały weekend. Trochę przewalone, ale można się przyzwyczaić.

    Ze zdziwieniem zauważyłam, że, tak jak piszesz, Włochy w ogóle nie były dla mnie problemem. Portugalia i Hiszpania były całkiem niezłe. Irlandia w ogóle była super, wszędzie dało się dogadać i był ogromny wybór knajp ze zdrową żywnością (głównie w dużych miastach).
    Gorzej było na Słowenii, ale tam trafiliśmy do knajpy Krisznowców, gdzie wszystko było ładnie pooznaczane i, ponownie, oparte na ryżu, ciecierzycy i warzywach.

    Jak boicie się mięsa, jak na szlaku w Słowenii, to możecie zaopatrzyć się w wegańskie proteiny, np. groszkowe czy ryżowe. Korzystam z nich od paru lat i jestem bardzo zadowolona, można dosypywać łyżkę albo więcej, w zależności od potrzeb, do zup, herbat, soków, itp albo zrobić szybkie ciasteczka, jak się ma masło orzechowe. Do tego orzechy (również w postaci masła), ziarna i jajka są dobrymi zastępcami mięsnych protein.

    Trzymam kciuki za wytrwałość i bardzo się cieszę, że podzieliłaś się tym tekstem. Mam nadzieję, że coś Wam się z tego przydługiego wpisu przyda. :)

    Pozdrawiam serdecznie!

    1. Piotr niestety nie je też orzechów i ciecierzycy. Repertuar ograniczony.

  15. ~Alicja Rapsiewicz pisze:

    Ciekawy artykuł i podejście do tematu.
    Znam to nieco, bo ja też mam CU o czym wiem od 14 lat. Nigdy nie miałam jednak aż takich silnych objawów jak Piotr. Po stosowaniu leków i nie tak bardzo drastycznej diecie o jakiej piszesz (oczywiście zero alko przez kilka miesięcy, znikoma ilość pieczywa, żółtego sera i cukru) i gotowania większości potraw na parze wszystko wróciło do normy.
    W 2009 roku tuż przed wyruszeniem w naszą podróż, zastanawiałam się jak ogarnę jedzenie w różnych trudnych sytuacjach, najbardziej bałam się o Azję. Okazało się, że właśnie w krajach Azji Pd Wsch jedząc proste potrawy z ryżu, warzyw i ryb, dużo świeżych lokalnych owoców, czułam się najlepiej. Mogłam zjeść ostrą zupę z najbardziej podłej garkuchni i czułam się dobrze.
    Po kilku miesiącach spędzonych w Australii objawy CU wróciły, dość delikatnie. Od razu zareagowałam, rodzice przysłali mi dawkę leku, który zawsze mi pomagał i tak też było tym razem. Często zastanawiam się czy żarcie w Australii jest podłe, czy to może właśnie powrót do jedzenia takiego jak w Europie… Nie jestem w stanie jednoznacznie tego stwierdzić do dziś. W Australii dostałam uczulenia na gębie nawet od pasty do zębów…
    Kilka osób zajmujących się immunologią tłumaczyło mi wytrwale, że dieta jest ważna, ale to nie złe jedzenie jest prawdziwą przyczyną CU. To już indywidualne predyspozycje i jak wcześniej pisałaś stres. Wszystkie moje zaostrzenia pojawiały się kilka tygodni po przeżyciu jakiegoś ogromnego, ale to naprawdę ogromnego stresu, gdy po prostu nie wiesz, nie masz pewności co będzie dalej.
    Od zaostrzenia, które dopadło mnie w Australii, czyli chyba w 2011 roku, nie pojawiło się nic złego jeśli chodzi o jelita, ale pojawiły się inne choróbki immunologiczne. Jednak u mnie one nigdy nie występują w jakiejś ostrej formie i też z tego powodu trudno lekarzom ustalić o co w ogóle kaman.
    Jednak widzę też, że w chorobach immunologicznych dużą rolę odgrywa „głowa” i warto sobie przede wszystkim przeanalizować czy gdzieś po drodze zafundowaliśmy sobie może jakąś „drzazgę”, której na co dzień się nie zauważa, ale która jednak uwiera.
    Temat jak najbardziej potrzebny i warty skonfrontowania różnych doświadczeń osób, które podróżują.
    Życzę Piotrowi dużo zdrowia i wytrwałości.

    1. Dzięki Ala. Jestem pod wrażeniem. Jak napisałaś na fanpage’u, że też się z tym borykasz, to zastanawiałam się czy miałaś to przed waszą wielką podróżą. Jestem pod wrażeniem w takim razie, że się na nią zdecydowałaś. My kombinujemy na przyszłą zimę 2 miesiące w Meksyku i oczywiście kuchnia i dieta są tu dla nas niezłą zagadką. Też widzę, że Azja płd-wsch może się okazać lepszym rozwiązaniem.
      Co do przyczyny – oczywiście predyspozycje, ale bardzo wiele osób obwinia o CU właśnie modyfikacje dietetyczne i chemię zawartą w żywności. Nasz lekarz jest zwolennikiem właśnie tej teorii. (a z medytacją zdecydowanie musimy się zaprzyjaźnić i wyrzucić ten stres na zawsze z głowy).

  16. ~teresa pisze:

    Zgadzam się,ze stres ma zgubny wplyw na CU. ale to dziala i w drugą strone . na Cu choruję od 15 lat. lubię podroze nu nie takie jak Wy , tydzien poltora. mam obawę jak sobie poradzę i zwykle tak jest,ze z łazienki korzystam zdarza się ,ze co 2 dzien a w domu po kilka razy. po prostu nastawienie…

    1. Właśnie Piotrek też w podróży jest zawsze zdrowszy niż w domu. Przekonuję go, że po prostu powinniśmy żyć w drodze. ;)

Odpowiedz na „~ZuuAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>