Ubezpieczenia, KFC i o tym, jak pierwszy raz wyleciałam z Europy (sama)

ubezpieczenia i kfc
0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×

Ratunku! Zostałam akwizytorką!

-Dzień dobry, przepraszam że niepokoję w tak piękny poranek, ale widzę, że pakują państwo samochód. Zapewne wybieracie się na wyjazd. Mam nadzieję, że macie sprawdzone ubezpieczenie. Nie?! Ale jak to? Przecież to tak diabelnie nieodpowiedzialne! Proszę tylko posłuchać!…

Tak! Od dzisiaj sprzedaję ubezpieczenia. Nie krzywcie się tak od razu – wszak z czegoś trzeba żyć! Nerwowo przeszukuję internet z nadzieją, że znajdę wielkich tego świata, którzy też byli agentami ubezpieczeniowymi. Są! Tom Clancy – mistrz literackiego thrillera pracował w firmie żony. Ubezpieczeniowej. Anne Rice – ta od wywiadów z wampirami – przeprowadziła się z Texasu do San Francisco i tam, zaczynając nowe życie, zajmowała się ubezpieczeniami.

Jest w końcu Harland Sanders. Uśmiechnęłam się w myślach, gdy zobaczyłam to nazwisko. Tak to już jest, że jak się człowiek skupi na czymś, to wszystkie informacje tego dnia składają się w całość. Ja się do Colonela uśmiecham, bo nasza znajomość jest specjalna. Specjalna tym bardziej, że dokładnie 4 lata temu – co do dnia – zobaczyłam w internecie tanie bilety do Pekinu. I tego dnia się wszystko zaczęło.

Opowiem wam więc historię o początkach. Bo o ubezpieczeniach najlepiej mówić naokoło.

12 maja 2012 roku.

Siedzę w swoim szesnastometrowym mieszkanku na Krowoderskiej w centrum Krakowa. Jestem tu już prawie rok. Ukochane przeze mnie w Poznaniu polonistyczne studia, w Krakowie jakoś straciły. Nie jestem już tak zaangażowana, nie dogaduję się tak świetnie z wykładowcami. Zaledwie rok wcześniej spacerowałam po poznańskich korytarzach, jak po własnym mieszkaniu. Chadzałam na przerwach na herbaty do gabinetów, miałam kilkoro przyjaciół, na wydział potrafiłam iść tylko w celach towarzyskich. Po uczelni wracałam do domu, gdzie czytałam kilkadziesiąt stron lektur, a wieczorem biegłam do Dragona – ukochanego klubu, gdzie spędzałam czas w swoim własnym poznańskim półświatku.

Ale przeniosłam się do Krakowa. Mimo że byłam bogatsza (dostawałam świetne stypendium), mimo że w tym samym mieście studiowały moje przyjaciółki jeszcze z czasów liceum i mimo że mieszkałam w najwspanialszym miejscu w Polsce, to straciłam zapał. Zamiast 80 stron dziennie czytałam 30 stron. Zamiast z zapałem dyskutować o problemach etycznych kultury i społeczeństwa, to ja gadałam o niczym. Siedziałam w swoim depresyjnym pokoiku i bezmyślnie przewijałam Facebooka. W końcu zobaczyłam: Warszawa-Pekin: 1200 zł!

Kupiłam! W jedną stronę! Wymyśliłam sobie, że polecę tam sama, a wrócę inną trasą. Serce waliło mi jak szalone. Kupiłam bilet do Chin! Na pierwszą samotną wyprawę (bo była to dla mnie wyprawa!) ever!

3 sierpnia 2012 roku.

Dlaczego zaczęłaś blogować? To pytanie pojawia się w niemal każdym wywiadzie każdego blogera podróżniczego i w 90% przypadkach odpowiedź brzmi tak samo: wyjechałam i chciałam pisać dziennik z wycieczki. By rodzina i znajomi wiedzieli co u mnie. Tak było oczywiście i tym razem. 3 sierpnia założyłam bloga i napisałam pierwsze niezręczne słowa:

W ramach przygotowań do podróży, przyszedł czas również na ten krok. Założenie bloga. Postaram się na nim w miarę regularnie opisywać doświadczenia mojej ponadmiesięcznej wyprawy do Azji wschodniej i południowo-wschodniej.

Tandetne? Ehe – oczywiście. Pierwsze słowa są zawsze najtrudniejsze. Tak samo jak pierwsze sekundy na innym kontynencie.

12 sierpnia 2012 roku.

O 6 rano czasu chińskiego wystawiłam nos z samolotu, który wylądował właśnie na lotnisku w Pekinie. Niemal w tej samej chwili go cofnęłam. Zrobiłam dwa kroki w tył, potrącając przy tym osobę stojącą za mną. Chciałam się schować. Z nadzieją, że samolot jeszcze tego samego dnia wróci do Kijowa ze mną na pokładzie.

Przeraził mnie zapach. W powietrzu unosił się zaduch, który bardzo dobrze znałam. Ten zapach zawsze czułam w pokoju swojej erasmusowej chińskiej koleżanki, która mieszkała w tym samym budynku co i ja. Zawsze wchodziłam do niego z niechęcią. W nim zwyczajnie śmierdziało. Jak wyjaśniła mi inna – tajska tym razem – koleżanka, jest to zapach popularnych chińskich ziół. Niestety do dziś nie wiem jakich.

Czy to możliwe, że dokładnie ten sam zapach czułam na lotnisku w Pekinie? Że był na tyle intensywny, że zajmował całą lotniskową płytę?

Gdybyście spytali mnie o to wtedy, zaklinałabym się, że to dokładnie ta sama woń. Że tak pachną po prostu Chiny. I nie jest to istotne czy jesteśmy w 8 metrowym pokoiku czy na przestrzeni kilkudziesięciu hektarów otwartej przestrzeni. Skoro czuję ten zapach, to on istnieje.

Dziś oczywiście przede wszystkim zachwyca mnie, jak ludzki mózg potrafi kierować zmysłami.

Cztery godziny później, dotarłszy do hostelu, poszłam spać.

Przeczytaj mój tekst o strachu przed podróżą. Ostatecznie nigdy nigdzie nie chcę jechać. Klik!

12 sierpnia 2012 roku. Godzina 15.00

Obudziłam się przerażona, że pierwszy dzień w Chinach właściwie przespałam. Zeskoczyłam z piętrowego łóżka i niemal natychmiast poszłam zwiedzać. Oczywiście najwspanialszy pekiński zabytek – Zakazane miasto.

Dwie godziny chodziłam po kompleksie, któremu należałby się cały dzień. Ale mi kręciło się w głowie. Mnie powaliła ilość otaczających mnie ludzi. Przeraziła ilość żebraków pod wejściem, niektórzy z nich bez nóg i bez oczu leżeli wprost na ziemi. Dziwił mnie też trend robienia sobie ze mną zdjęć – coś co dwa tygodnie później było już dla mnie normą. Marzyłam by wyjść z muzealnego kompleksu i zjeść coś dobrego.

Byłam ambitna! A co! Wszystkie podręczniki „dobrego” podróżowania mówiły, że jeść należy lokalnie. Jednak nie od razu rzucać się na głęboką wodę. Najpierw warto wejść do czystej restauracji, gdzie nie będziemy się martwić brudnymi rękoma sprzedawczyni na ulicy. Dopiero po tygodniu, gdy flora bakteryjna się przystosuje, próbujmy ambitniejszego street foodu.

Po godzinie znalazłam w miarę tani bar. Weszłam do środka i spojrzałam na menu. Jeśli miałam nadzieję zobaczyć angielską transkrypcję, to moja nadzieja właśnie się ulotniła. Przede mną niezrozumiały ciąg znaczków i tylko ceny wyglądają na w miarę rozpoznawalne. Ze zdjęć nad ladą wybrałam jedną pozycję. Nie trafiłam. Było paskudnie. Z niesmakiem zjadałam to, co mi podali, a ja czułam się coraz bardziej zmęczona.

12 sierpnia 2012 roku. Godzina 21.00

Wyczerpana wracam do hostelu. Zawsze byłam turystką bardziej pieszą niż publicznotransportową. Do tej pory nie lubię autobusów w obcych miastach i preferuję przede wszystkim metro. Zrobiłam więc w Pekinie kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów. Kręciło mi się w głowie, pojawiały się przed oczyma pierwsze halucynacje. Różnica czasu między Pekinem i Krakowem wynosi 6 godzin. To był mój pierwszy jet lag w życiu. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, a zmysły były wykończone od nadmiaru wrażeń. Wtedy – przyznam się do tego – zobaczyłam przed sobą KFC. I prawie zapłakałam ze szczęścia. Zamówiłam duży zestaw kurczaczków.

1930 rok

Colonel Sanders wykonywał w swoim życiu wiele prac. Zarabiał jako palacz w kotłach, pracownik stacji benzynowej i właśnie – agent ubezpieczeniowy. Wreszcie w wieku 40 lat w Corbin w stanie Kentucky rozpoczął sprzedaż kurczaka. Wkrótce na całym świecie zaczęły się pojawiać coraz to nowe restauracje Kentucky Fried Chicken, a podobizna porucznika Sandersa jest dobrze znana w 120 krajach świata.

12 września 2012 roku

Być może to brzmi dla was pompatycznie. Czy można płakać ze szczęścia na widok KFC, McDonalda czy Starbucksa? Czy podróżniczka w ogóle powinna się przyznawać, że zamiast chińskiej, a we wrześniu już malajskiej, kuchni jada w fast foodach?

Nie bójcie się. Sama przekonuję każdego z kim rozmawiam, że we Włoszech należy jeść makarony, w Grecji dolmę, a w Japonii sushi. Że należy próbować obcego, nieznanego, tajemniczego. I w ten sposób nie tylko szukać kulinarnych rozkoszy, ale i poszerzać horyzonty poznania.

Jednak szczęście na widok globalnej sieciówki jest jedyna w swoim rodzaju. Być może w Polsce od lat nie byłam w Pizzy Hut. Być może na samą myśl o wejściu do McDonalda mnie mdli. I być może KFC w Jerantut w Malezji (miasteczku-bramie do dżungli) smakował najgorzej na świecie. Ale jednak wyczerpany umysł osoby, która pierwszy raz samodzielnie styka się z nieeuropejskimi kulturami tego potrzebuje. Bo w Jerantucie wybiegłam ze śmierdzącego pokoju-klitki w czymś, co podobno było hotelem i wyszłam na ulicę. Tam wszyscy na mnie patrzyli – bo jak to? Kobieta sama? I to nie okryta chustą? (ta część Malezji jest muzułmańska). Na szczęście w centrum miasteczku była fastfoodowa restauracja.

W KFC wtedy odpoczywałam. Potrafiłam przesiedzieć godzinę, dwie godziny w nieciekawym, ale jednocześnie przecież czystym i dobrze znanym, pomieszczeniu, by powolnie sączyć colę i zwyczajnie, po prostu zbierać siły.

Znowu polecę patosem. KFC nabrało nowego znaczenia. I nie – ten post nie jest przez nich sponsorowany (a powinien!). Zawsze jak przechodzę obok restauracji, robi mi się błogo. I ok, przyznam – tak przy okazji lubię ten smak. I jako wegetarianka z niedługim stażem, tęsknię do niego bardzo. Ale to jednak Azja zmieniła perspektywę.

12 maja 2016 rok

Mamy 4 lata później. Od tego czasu liczba czytelników bloga wzrosła do kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie. Odwiedziłam kilkanaście nowych państw, wiele z nich na kontynencie azjatyckim. Wreszcie zaczęłam zarabiać na pisaniu i podróżowaniu. Pojawiły się kolejne książki, kolejne artykuły. Kolejne płatne reklamy. Dzisiaj do tej listy dołącza pośrednictwo w sprzedaży ubezpieczeń. I co? Będę jak porucznik kurczak? Chyba nawet nie chcę być. Ale dodatkowy grosz nie zaszkodzi. ;)

No i masz. Miałam pisać o ubezpieczeniach, napisałam o znaczeniu 12 maja. Znakomita to jest rocznica. Kupno biletu do Chin zaważyło na tym, gdzie teraz jestem i co robię. Przecież gdyby nie to, nie byłabym wczoraj na Słowacji (nie dostałabym zaproszenia od organizacji turystycznej). Nie jechałabym pojutrze do Włoch (podobnie – nikt by mnie nie zatrudnił, by pisać o wyspie Grado). Nie miałabym wreszcie w portfelu tej karty ubezpieczeniowej. Więc jeśli chcecie poczytać dalej – o tym o czym miałam pisać i co miałam sprzedawać, przejdźcie tu. Sprzedaję ubezpieczenia nie na jeden dzień, nie na jeden wyjazd, a na cały rok. Jeśli jesteście za granicą więcej niż 25 dni w roku, to otwarcie powiem – opłaca się. Płacicie raz. Płacicie niewiele i przez cały rok nie musicie się już martwić. Zapraszam wobec tego na kolejny tekst. Aha i pamiętajcie, że jak zobaczycie tani bilet – kupcie. Nawet jeśli polecicie sami, to zapewniam – opłaca się. Będzie niezapomnianie. A jak będziecie odpoczywać w okropnej sieciówce to zjedzcie burgera za waszą wegetariańską blogerkę ;). Tak nostalgicznie.

przycisk kup teraz

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Agnieszka Ptaszyńska

pisarka podróżnicza
z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka, wielbicielka włoskiej kawy i dużych psów. Straszna bałaganiara w życiu i na papierze (dysortografka). Promotorka idei odpowiedzialnego podróżowania, którą stara się przekazać na blogu. Zawsze chętnie służy podróżniczą radą. Publikowała na Onecie, w Czasie Kultury i na portalach podróżniczych. A no i napisała przewodnik po Trapani :)

5 przemyśleń na temat “Ubezpieczenia, KFC i o tym, jak pierwszy raz wyleciałam z Europy (sama)”

  1. ~Natalia pisze:

    Gdybym nie miała teraz ubezpieczenia, to po tym tekście biegłabym momentalnie do Ciebie :)

  2. ~Ecot pisze:

    Ja z Pekinu mam tez ciekawe doswiadczenia bo pojechalismy tam przez koreanskie biuro podrozy razem z koreanska wycieczka. Teraz widzac turystow z Azji w Europie wiem jak wyglada to ich zwiedzanie. Najwazniejszy jest szybki aparat fotograficzny najlepiej w smartfonie.

  3. Każdy z nas ma swoją magiczną datę według, której rozlicza swoje życie ;) Fajnie jest patrzyć na przeszłość i widzieć swój własny rozwój. Pozdrawiam

  4. Znam to uczucie, które towarzyszyło Tobie przy okazji odwiedzin KFC :) „Odpoczynek z znanym miejscu”
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×