Odczepcie się! Nigdzie nie jadę!

photo-1414484893951-7789bf8372ae
0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×

Ręce się trzęsą, kawa wylewa na podłogę. W nocy nie mogę spać, a serce bije jak opętane, jakby się bało, że nie dopompuje wystarczającej ilości krwi do ciała. Jest sto niezałatwionych spraw, wszystko wskazuje na to, że mam gorączkę, że potrzebują mnie przy pracy i że nie ma nic lepszego niż własne łóżko i wanna, do której można wskoczyć z kieliszkiem pysznego wina. W Krakowie tyle fajnych imprez, które przegapię przez ten głupi wyjazd, a dookoła tyle miejsc, do których można by skoczyć na kilka dni i wydać znacznie mniej na ten idiotyczny pomysł z brudnym, pozbawionym wygód i zacofanym Kazachstanem.

 

Stan pierwszy: Przypadkowe zainteresowanie! Pół roku przed wyjazdem

Schemat jest zawsze ten sam.

Siedzę sobie jakby nigdy nic przed komputerem. To pracuję, to rozmawiam ze znajomymi, to czytam blogi. Wtem pojawia się na Facebooku post:

Hit! Chiny/Gruzja/Kazachstan za 1100/240/590 zł!

Przez chwilę zatrzymuję wzrok na ogłoszeniu, po czym przewijam dalej stronę. Wszak do Chin nigdy lecieć nie planowałam. Więcej! Nie planowałam nawet specjalnie planować jakiegoś większego wyjazdu dzisiaj. Jednak coś się zatrzymuje w mózgu, zapala się iskra. Umysł przypomina o zaległych rachunkach, a serce już gna na wschód.

 

Stan drugi: Spontaniczność. Pół roku przed wyjazdem, bez pięciu minut

Klikam w ogłoszenie o tanim locie. Tak, stoi jak byk! Kazachstan za 590 zł! Cena jakby nie z tej ziemi, wszak do Hiszpanii latam za więcej. Planowałam przecież w tym roku Meksyk, a nie Azję. Z drugiej strony do Meksyku w życiu nie wyciągnę Piotra, a do Kazachstanu…

Chwytam za telefon, a w moim głosie jest już dużo więcej euforii niż zdrowego rozsądku

-Kochanie, Almaty za 590 zł! Lecimy?

20 minut. Tyle zajmuje nam dyskusja nad tym czy to ma sens. Wszak to tylko 590 zł. Nawet jak nie będzie się finansowo układać, to świat się nie zawali, jak tę kasę stracimy.

-Dobra. Kupuj. – Nie do końca pewnie mówi Piotr, a ja jak najszybciej się rozłączam, żeby nie zmienił zdania. Ustalamy tylko miesiąc i przybliżony czas wycieczki. Reszta w moich rękach.

 

Stan trzeci: Euforia. Pół roku przed wyjazdem, bez pół godziny

Zaznaczam odpowiednie opcje, wklepuję numerki z karty kredytowej. Jest! Booking confirmed! Nagle staję się posiadaczką biletu na lot do miejsca, do którego marzę jechać! Marzę prawdziwie, szczerze, mocno! I nieistotne, że marzę o nim dopiero pół godziny. Spełniam swój piękny sen, o którym nie pamiętałam po obudzeniu się, a który – ach, zdecydowanie – był tak wspaniały!

Zaczynam googlać „Kazakhstan what to see”. Piotr mi kiedyś wspominał o jakimś kanionie. Góry są – to wiem. No i step i zsyłki (były). Szczerze powiedziawszy to by było na tyle. Moja wiedza o tym kraju właśnie się skończyła. Nawet nie potrafię nazwać stolicy. Ale co tam! Przez następne pięć godzin czytam każdy tekst, który mi wpada w ręce. Już wiem o śpiewających wydmach w Altyn Emel. Wiem o tym, że ten kanion to szaryński i że jest rzut beretem od Almaty. Wiem, że jest zatopiony las w jeziorze Kajyngdy (Kaindy), a nie tak daleko od niego przepiękne płaskowyże. Wiem, że niemal przez centrum Almaty przechodzi wymarzony jedwabny szlak i że chcę zobaczyć Turkestan. Że może wpadnę do Sairamu i Tarazu. Euforia sięga zenitu, idę spać po piątej.

 

Stan czwarty: Otaczanie się tematyką, 4 miesiące przed wyjazdem

Powoli największe emocje opadały, a prym wzięła chęć dokształcenia się. Na półce zaczęły pojawiać się książki, których wcześniej nie spodziewałam się czytać: „Azja środkowa. Przewodnik”, „Utracone serce Azji”, „Wystarczy przejść przez rzekę”. Na turystycznych targach spędziłam większość czasu przy stoiskach Kazachstanu, zapisałam się do kilku kazachskich grup na Facebooku, śledzę turystyczne fora o kraju. Planuję też choć trochę pouczyć się rosyjskiego.

 

Stan piąty: Uświadomienie. 10 dni przed wyjazdem

Ostatnia prosta. Nagle nie myśli się o wyjeździe „pewnego dnia pojedziemy”. Teraz się myśli „zapłacę za gaz już teraz, żeby nie zostawiać danych swojego konta w kafejce w Ałmaty”. Okazuje się oczywiście, że książek przeczytanych jak na lekarstwo, że żaden film nieobejrzany. Atmosfera jak na jeden dzień przed egzaminem na studiach. Całe dnie siedzę przy lekturze, oglądam dokumenty, przeglądam mapy. Naukę rosyjskiego porzuciłam przed pierwszą lekcją. Chodzę na zakupy i się załamuję, że skompletowanie sprzętu jest droższe niż bilet lotniczy.

 

Stan szósty: Panika! 3 dni przed wyjazdem

Dwa lata temu, przed dwumiesięcznym wyjazdem autostopowym na Bliski Wschód zrobiłam sobie kawę. Nie byłam w stanie jej wypić, tak mi się trzęsły ręce. Wychodząc z domu na pociąg zapomniałam wziąć telefonu.

Jak trzy lata temu wyszłam w Pekinie z samolotu, zapach lotniska tak mnie odrzucił, że zrobiłam trzy kroki w tył, z nadzieją, że uda mi się schować w toalecie i tym samym samolotem jeszcze tego samego dnia wrócić do Kijowa.

Dzisiaj powtórka z rozrywki.

Wieczorem nie mogłam usnąć. Już drugą noc z rzędu. Przewracałam się z boku na bok i zastanawiałam się „po cholerę?!” Nie mogłabym sobie spokojnie zostać w Europie? Pożyczyć od mamy samochód i np. zrobić wycieczkę samochodową po Bałkanach, którą zawsze zrobić chciałam? Pal licho tę Azję! W góry potrzebne jakieś permity, których pewnie nie dadzą bez łapówki. Kwatery na wsiach będą brudne i zawszone, łapani na stopa kierowcy będą wymyślać sobie niestworzone ilości dolarów, które będą chcieli za podwózkę. W ogóle o czym ja mówię?! Przecież my nie damy rady nigdzie dojechać! Tam nigdzie nie jeżdżą żadne busy! Jak do cholery chcemy zwiedzić park narodowy, skoro on jest o lata świetne od cywilizacji, a nas nie stać na samochód!

Zatruję się! Kurde, dadzą mi niedogotowane mięso, nieumyte warzywa, brudną wodę. Będą karmić w jakiejś kuchni ze szczurami! A jak będę chciała sobie sama zrobić obiad przy ognisku, to się zejdą niedźwiedzie i tyle będzie – i co z tego, że miliard razy czytałam, jak się zachować w towarzystwie misiów. Akurat będę w panice w stanie się opanować!

Poza tym, przecież ja na to za stara jestem! W życiu nie spało mi się dobrze w namiocie! Zawsze słyszałam naokoło kroki i wyobrażałam sobie najgorsze! Po cholerę mi miesiąc nieprzespanych nocy?! Pojechałabym na tydzień do jakiejś miłej agroturystyki w Polsce, byłoby mi o niebo lepiej. Jebło mnie zupełnie z tą „pasją” do podróży!

Przecież nie muszę nikomu nic udowadniać! Nie muszę być odważna, szalona, pozbawiona uprzedzeń! Nie muszę jechać! Mogę zostać, zrobić sobie herbatkę, poczytać książkę. Pieprzyć ten wyjazd!

Wiem, że mi przejdzie. Podejrzewam, że będzie pięknie. Że będzie wspaniale i wyjątkowo. Ale do diaska – na razie, póki co: zróbcie coś, żebym nie musiała jechać!

zdj. w poście jest autorstwa Marii Stiehler. Dziękuję :)

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Agnieszka Ptaszyńska

pisarka podróżnicza
z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka, wielbicielka włoskiej kawy i dużych psów. Straszna bałaganiara w życiu i na papierze (dysortografka). Promotorka idei odpowiedzialnego podróżowania, którą stara się przekazać na blogu. Zawsze chętnie służy podróżniczą radą. Publikowała na Onecie, w Czasie Kultury i na portalach podróżniczych. A no i napisała przewodnik po Trapani :)

20 przemyśleń na temat “Odczepcie się! Nigdzie nie jadę!”

  1. ~Gadulec pisze:

    Będzie super, nie martw się! Czasem panika jest zdrowa i może wyjść na dobre. Życzę udanej podróży i czekam na relację oraz zdjęcia!

  2. ~Dee pisze:

    Słuchaj zostań spokojnie w Krakowie, a ja za ciebie pojadę ! Co ty na to? U mnie stany odmienne przechodzą wprost proporcjonalnie do twoich. Cudownie sie ciebie czytało. Cieszę się, że odkryłam bloga i czekam niecierpliwie na relacje z Kazachstanu.

  3. Agnieszka, mam czasami dokładnie tak samo! Kupuję bilety jak opętany, a potem zdaję sobie sprawę, że większe podróże mam non stop a między nimi podróże mniejsze. Siedzę teraz w Niemczech i klnę, że k***a za 22 dni lecę na Islandię, do miejsca, gdzie bilety kupiłem rok temu, gdy nie było Wizza z Gdańska, gdy jeszcze mogłem jakieś ciekawe treści przekazać, a teraz, gdy byli już tam wszyscy, co ja nowego w to wszystko wniosę? :) Czytałem Twój tekst i uśmiechałem się do siebie, ale nie potrafię Cię zatrzymać w Krakowie, leciałbym do Kazachstanu! Tam nie było jeszcze połowy Polski! :)

  4. Nareszcie ktoś napisał o gorączce przed podróżą i strachem przed obcym miejscem i nieznaną kulturą oraz przed obawami pobytu w kraju kojarzącym się źle – smutno i straszno. W takim wyznaniu czuję więcej ducha prawdziwego podróżnika niż u pseudojugonostalgika ślepo zachwycającego się wszystkim co wschodnie, dalekie i na tyle nieznane, że właściwie nikt nie oceni, czy jego wspomnienia z podróży to wymysły czy fakty:). Po tym wpisie zyskałaś nową czytelniczkę:).

  5. ~Mr_Szpak pisze:

    Nie bój nic, dwa razy byłem w Kazachstanie i żyję… cała Azja Centralna jest wspaniała i w życiu bym jej nie zamienił na zachodnią Europę… :)

    Powodzenia

  6. Nigdy wcześniej nie miałam reisefieber. Do czasu. Ostatni nasz wyjazd do Rumunii zaczął się od płaczu i paniki, że nie wszystko zdążę załatwić, a teraz, na dwa dni przez miesięczną podróżą po Europie najzwyczajniej w świecie się boję i… chcę zostać w domu. A marzyłam o tej podróży od miesięcy. Starzejemy się, Laska.

  7. Z autopsji wiem, że im więcej dylematów i wątpliwości przed wyjazdem tym bardziej fenomenalna podróż. Realizuj moje marzenie:)

  8. Szczerze napisane! Podróżowanie po Azji Centralnej rzeczywiście potrafi być wyzwaniem (transport, załatwianie wiz i pozwoleń, relacja cena/jakość i wszystko inne o czym napisałaś), choć wiele osób o tym nie wspomina:)
    Co nie zmienia faktu, że w Kazachstanie bardzo się nam podobało. Niestety byliśmy tylko ekspresowym, rowerowym przejazdem i żałowaliśmy, że nie mogliśmy zobaczyć więcej. Może jeszcze kiedyś wrócimy :) Udanej podróży, na pewno będzie pięknie i wspaniale!

  9. Zazdroszczę podejścia, tzn miesięcy przygotowań, nawet jeśli tylko mentalnych ;) do kolejnego wyjazdu!
    Żadne z Twoich obaw odnośnie Azji Centralnej nie są nieuzasadnione :) ale akurat Kazachstan powinien obejść się z Wami delikatnie, a przynajmniej tego Wam życzę!

  10. Była okazja i spontaniczna decyzja. Nie bój się z pewnością będzie wspaniale i wrócisz z niezapomnianymi wspomnieniami.

  11. ~Karolina pisze:

    Nie ma się co bać tylko jechać! Zazdroszczę :)

  12. ~gosia pisze:

    Mam tak samo przed dalsza podróżą,ale czy to nie fajnie?Bez tych emocji wyjazdy nie byłyby takie ciekawe.

  13. Stan siódmy: duma! :)

    Po powrocie z ulgą wskoczysz do swojej wanny z kieliszkiem wina i wypełni Cię szczęście i duma z przeżytej przygody.

    Z niecierpliwością czekamy na (foto)relację.

    Krystian

  14. ~Jordan pisze:

    Wspomnienia będą z pewnością niezapomniane! :)

  15. ~Wiki pisze:

    Bardzo ciekawy wpis. Pisz częściej i więcej bo chce codziennie tu wracać po więcej :)

  16. ~Magda Kajzer pisze:

    Oj, zdarzają się takie stany emocjonalne. Choć ja osobiście takowych nie mam, to je w pełni rozumiem.
    Ale cóż – podróż na pewno się uda, będzie cudownie i przywieziesz z Kazachstanu miliony wspomnień i masę dobrej energii. Trzymam kciuki. Powodzenia na stepach! :)

  17. Na pewno będzie cudownie! Ja zawsze mam tak, że im więcej nerwów przed podróżą tym bardziej się udaje :D

  18. ~jolanda pisze:

    zazdroszczę odwagi,to jest wolność.

  19. ~Bartek pisze:

    CZyli widzę, że nie ja jeden tak silnie emocjonalnie przeżywam każdy wyjazd zanim on nastąpi. Dokładnie mam tak jak Ty, chociaż bynajmniej nie w te strony wyjeżdżam co roku. Też stres trudny do opanowania, defekt układu trawiennego, strach przed wszelkimi możliwymi niebezepieczeństwami, i te same pytania: tak bardzo żal opuszczać Wrocławia, gdzie właśnie trwa letni festiwal Wieczory w Arsenale; czy nie lepiej byłoby pojechać na polsie chwastowiska na piekne motyle i poganiać za nimi z aparatem? Po cholerę po raz n-ty do tych Włoch? Staram się pocieszać, że nie sama architektura, nie samo siedzenie w bibliotekach podczas podrózy będzie. Że przecież uwielbiam jeździć pociągiem,że w każdym z krajów, który odwiedzę TEŻ są motyle i może mam szansę „upolować” za pomocą aparatu jakiś nieznany w Polsce, ale spotykany na południe od nas lub coraz rzadziej napotykany u nas okaz? Na przykład Iphiclides podalirius (paź żeglarz), Zerynthia polyxena (zygzakowiec kokornakowiec), Limenitis reducta (wybacz, ale polskiej jego nazwy nie znam!), Charaxes jasius (piękniś sułtanek)… i tak można by bez końca wymieniać nazwy tych przepięknych owadów. I myślę o szalenie interesującej architekturze w mieście Vicenza, o zdobywaniu nowej wiedzy i nadawaniu moim opisom na blogu coraz bardziej profesjonalnego charakteru. Ale to wszystko i tak nie jest w stanie złagodzić atmosfery stresu.

    Zatem reasumując w pełni rozumiem Twoje odczucia, o jakich piszesz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×