Flashpacking, albo „czy kiedykolwiek w ogóle byłeś backpackerem?”

Znowu przychodzi ten dzień, że trzeba się pakować. Zaczynamy: netbook, aparat, czytnik książek. Smartfon do plecaka podręcznego. Ładowarka do komputera, ładowarka do baterii w aparacie, ładowarka do smartfona i kabelek usb do aparatu i czytnika. Do tego jeszcze powerbank, pendrive, obiektyw, zapasowa bateria do aparatu, filtry i z trzy karty pamięci. Uff! Najważniejsze już spakowane. Teraz czas na dopchanie plecaka ciuchami.

button_czytaj-wiecej

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Agnieszka Ptaszyńska

pisarka podróżnicza
z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka, wielbicielka włoskiej kawy i dużych psów. Straszna bałaganiara w życiu i na papierze (dysortografka). Promotorka idei odpowiedzialnego podróżowania, którą stara się przekazać na blogu. Zawsze chętnie służy podróżniczą radą. Publikowała na Onecie, w Czasie Kultury i na portalach podróżniczych. A no i napisała przewodnik po Trapani :)

Ostatnie wpisy Agnieszka Ptaszyńska (zobacz wszystkie)

20 przemyśleń na temat “Flashpacking, albo „czy kiedykolwiek w ogóle byłeś backpackerem?””

  1. ~Ewelina pisze:

    Do teraz stykałam się z „plecakowiczem”, jako polskim określeniem backpackera. Dla mnie również i jedno i drugie określenie nie brzmi zbyt ładnie. Ale tak to już chyba jest z większością niedawno powstałych spolszczeń. Słowa takie nie tworzą się w sposób naturalnej ewolucji języka, więc na początku mogą trochę drażnić nasze uszy :P Świat zmienia się teraz bardzo szybko, co chwile pojawia się potrzeba nazywania jakichś nowych zjawisk i rzeczy, no a język trochę za tymi zmianami nie nadąża :)

  2. ~Tatiana pisze:

    Walizka tylko na wyjazdy służbowe (namiastka gwarancji, że marynarka nie będzie aż tak pognieciona) i kabinówka na citybreaki (czasami) – kiedy wiem, że nie będziemy poruszać się z bagażem pomiędzy miastami tylko będziemy kilka dni stacjonarnie :) plecy czasami trzeba oszczędzać ;)

  3. ~Monika pisze:

    Hm…. mimo pewnych cech, które określają moją osobę, chyba jednak nie jestem flashpackerką, a jeśli już to bardzo niezaawansowaną. Powodów jest kilka: na szczęście nie wszędzie jest net (albo jest na tyle słaby, że jakby go nie było), nie muszę pracować w podróży i przede wszystkim… chyba chcę podróżować z minimalną ilością technologii.

  4. ~Magda pisze:

    Znowu się człowiek czegoś nowego dowiedział:). Backpacker też z czasem się starzeje i obrasta w tłuszczyk.

    Wszyscy pakujemy coraz więcej gadżetów do plecaka/walizki, więc narodzenie się nowego określenia było kwestią czasu:). Flashpacking, będę się przyzwyczajać do tej nazwy. Nie wszystkie określenia się przyjmują, ciekawe jak będzie z tym.

  5. ~Tony pisze:

    A Flashpacker to nie po prostu Digital Nomad? Chyba takie pojęcie jest częściej używane dla freelancerów, którzy podróżują w tym samym czasie.

    1. no właśnie to słowo flashpacker robi coś ostatnio karierę. Zdaje się, że różnica jest taka, że z definicji „cyfrowy nomada” pracuje w podróży, a flashpacker niekoniecznie. No i nomada robi to w sposób bardziej stały – jest w podróży cały czas. Flashpacker może jednak tylko pojechać na kilka tygodni na wycieczkę, po czym wrócić do domu.

  6. Ja wciaz jestem ‚mochilera’, bo podrozuje glownie z plecakiem, choc ostatnio patrzylam na takie walizki na kolkach z szelkami…:) Flashpacking chyba nie ma jeszcze swojego odpowiednika w Boliwii, i prawde mowiac, nie radzialabym podrozowac po Boliwi z walizka/plecakiem wypchanym sprzetem elektronicznym;)

  7. O jeny! Opisalas mi świat o którym tylko z telewizji wiem. Poczulem się takim staromodnym posiadaczem bloga podrozniczego :-) mam stary klawiszowy telefon, laptop zostawiam w domu bo ciężki, stary i bez kabla nie pracuje. Teraz do Albanii wziąłem tableta, co jest precedensem w moim podrozniczym życiu! No i zawsze plecak. :-) nie mam Insta, Twittera i innych. Ale jestem do tylu :-p

  8. Wciąż staram się jeździć bez komputera, ale nie zawsze to się udaje. Tak czy siak, telefon mam zawsze w pogotowiu, do tego aparat, dwie karty do aparatu, kabelki, baterie i już trzeba zrezygnować w bagażu z drugiej sukienki. Ale tak jak piszesz – dzielenie się swoimi przeżyciami z podróży ma wiele plusów, rekompensuje brak miejsca w plecaku i chwile spędzone z nosem w telefonie :)

  9. ~sekulada.com pisze:

    omg. nie sądziłem, że na to jest nazwa. świetny artykuł, do tej pory nie przeszło mi przez myśl żeby oceniać każdą restaurację czy miejsce na forsquare’ach i w innych aplikacjach, że to może być komuś potrzebne, bo sam z tego nie korzystam. pewnie to też dlatego, że podróże wykorzystuję do ostatniej sekundy i praktycznie nie mam czasu na to by być on-line w każdym miejscu. zdecydowanie wolę poświęcić cały czas na napawanie się miejscowym klimatem. cóż, może czas to zmienić…

  10. W dzisiejszych czasach jest taka tendencja do nazywania wszystkiego i wszystkich. Człowiek już nie jest zwykłym turystą, który lubi sobie gdzieś pojechać, lecz zależnie od tego jaki obierze styl, sposób, co ze sobą zabierze to zaraz „dopadną” go specjalne nazwy i określenia w stylu: flashpacking, backpacing, turystyka kwalifikowana, zwyczajna, zorganizowane itd. W ciekawych czasach żyjemy.

    1. Wiesz, że w Berlinie przy okazji pisania tego tekstu „Flashpacking Hostel”? Słowo robi karierę. Ale masz rację – wszystko musi mieć nazwę. Wtedy się lepiej sprzedaje. Można iść na spacer z psem, ale po co, skoro może to być dogtrekking :D

  11. ~Iwona pisze:

    Pakowanie to dla mnie chyba najgorszy element podróży… Podróżuję głównie na motocyklu i uwierzcie mi, że trzeba mocno redukować potrzebne rzeczy. Jeżdżę z reguły z namiotem i śpiworem, które już same w sobie zajmują masę miejsca. Ale to nic – na ostatnio wyprawę udało mi się nawet zmieścić małą kuchenkę, więc może jednak nie jest najgorzej ;) Wszystko kosztem ubrań. Motocykl plus ładunek – wyszło niecałe 400 kg ;)

  12. ~Oli pisze:

    Podziwiam, że aż tyle elektroniki zabierasz. Ja biorę niewielki aparat, robię zdjęcia, ale i tak nie mam jak ich wrzucić z podróży. Przeszedłem też na czytnik, ale to bardziej z miłości do książek, po prostu drażniło mnie, gdy mi ich brakowało w Indiach. Co prawda redaktorka niedawno narzekała, że mógłbym brać ze sobą laptopa i pracować w trasie, ale jakoś ciężko mi się do tego przekonać. Na pewno nie w tym roku.

    1. Muszę. Bez tego bym zginęła. Tak to jest jak się pracuje jako freelancerka.

  13. ~Maro pisze:

    Sporo tych rzeczy zabierasz.
    Jeśli zaś chodzi o flashpackera, to niestety (nie wiem dlaczego) u nas się to pięknie nazywa: plecakowiec.

    1. to chyba nie flashpacker tak się nazywa, a backpacker, prawda? ;)

  14. Flashpacking był zawsze czymś, co lubiłam, choćby dlatego, że 2 tygodnie bez żadnej opcji skorzystania z łazienki brzmią dla mnie… w ogóle nie brzmią!
    Także zdecydowanie flashpacking. Plecak jest wygodny, jednak na tzw. city break chętnie wybieram walizkę, bo nie lubię wywlekać całej zawartości plecaka, by wyciągnąć z samego dna ubrania.
    Ostatnio czytałam ciekawy artykuł o poshtelach, czyli takich hostelach (o nieco wyższym standardzie i nadal hostelowej duszy) dla flashpackerów. Coś w sam raz ;)

  15. Ja kiedyś brałam ze sobą wszędzie netbooka, teraz już najczęściej odpuszczam. Smartfon mi wystarcza :) Do tego aparat fotograficzny, ładowarki, obiektyw, karty pamięci i kłębek kabelków. Ale jak popatrzyłam na swoje ostatnie wyjazdy to jednak częściej walizka, niż plecak :)

  16. A dla mnie „flashpacker” ma wydźwięk negatywny, zbędna nowomowa – ot, co. Pierwsze skojarzenie to hipsterska gówniażeria, która wakacje w Tajlandii spędza na melanżach i oglądaniu seriali z mak-buków. Sranie-podróżowanie ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>