Subiektywne top 5 Turcji wg Pauli, cz. 2

P1010514

Pierwszą część tego tekstu znajdziecie tutaj.

3. Kapadocja

Nie lubię turystów, nie lubię backpackersów, nie lubię tłumów.

Ale: fajnie mieć czasem wygodny materac z puchową kołderką, połazić po kolorowych straganach, spotkać kogoś inspirującego.

Kapadocja mnie zauroczyła.

Goreme było rajem. Rajem był pełen owoców i upragnionego cienia ogród szalonej właścicielki naszego hotelu. Rajem był tez odludny taras z widokiem na łańcuchy nietypowych formacji skalnych. Zakochałam się w tym miejscu, ale tez w napotkanych ludziach. Myślę o dwóch Irankach, o których Agnieszka pisała już tutaj.

Ich historie były niesamowite a biżuteria naprawdę wyjątkowa. Wciąż tylko nie możemy sobie wybaczyć, że nie zdecydowałyśmy się na zakup. Byłaby świetna pamiątka… Dziewczyny, mimo że od miesiąca mieszkały w namiocie były starannie umalowane i ubrane ze smakiem, więc nic ze stereotypowych włóczęgów nie można im zarzucić. W dodatku, zaprosiły nas na lunch, na którym nie zabrakło żadnych wartości odżywczych, były ziemniaczki, warzywka, białko, dobry sosik. Wokół okrągłego stołu z patelnią na środku i tyloma uśmiechniętymi twarzami, w jaskini zaadaptowanej na mieszkanie poczułam się jak w domu.

Kapadocja jest miejscem o tyle niesamowitym, że można być blisko natury, tak blisko nieziemskich formacji skalnych, a równocześnie wciąż tak daleko od ludzi. Niby jesteśmy wśród chmary turystów, a jednak w bezpiecznej odległości. Każdy gubi się w labiryncie grzybów skalnych, gołębników, domków z bajek czy też zakamarków własnej jaskini. Nic dziwnego, że Barbara zapragnęła zostać w tym miejscu na zawsze…

4. Dogubeyazit

Już sama podróż wywołała we mnie niesamowitą ekscytację. Nasz TIRowiec, Irańczyk, z którym mogłam porozumieć się po włosku (!), upragniony łyk wody i kęs owoców, które pozostały dotychczas nietknięte ze względu na ramadan, odsłaniająca gdzieniegdzie swój wierzchołek góra Ararat i ciągnące się piaskowe pustkowia… było pięknie!

Miasto samo w sobie też miało coś z magii. Otoczone bezdrożami, wyłoniło się jakby znikąd. Wysiadłyśmy. Idziemy. Ale w którą stronę? Zatrzymuję się taxi (nieproszone). Czy może podwieźć? Za darmo! Ba, pytanie!

4gwiazdkowy hotel Ararat w naszym standardzie przy dobrych wiatrach byłby pewnie hostelem, ale nie można mu było zarzucić pięknego widoku na najwyższy szczyt Turcji i towarzyskich właścicieli. Na hallowej sofie przegadałam z nimi i znajomym fotografem pół nocy. Robiąc sobie małą przerwę, wyskoczyliśmy na główną ulicę miasta na lody, herbatkę i lokalny deser, tak słodki, że nawet ja nie byłam go w stanie pochłonąć w całości (no dobra, dałam radę; )

Ararat. Hotel i góra na pewno mnie jeszcze zobaczą!

 5. Agnieszka!

Długo myślałam nad ostatnim punktem. Nie dlatego, że na siłę szukałam w pamięci dobrych wspomnień, bo tych mam całe mnóstwo! Nie mogłam zdecydować się na konkretne miejsce, bo przy wyborze, inne wydawało mi się lepsze. Ale każde z nich miało wspólny mianownik – Agnieszka.

Z cierpliwością pożyczała mi netbook, gdy tylko odczułam potrzebę kontaktu ze światem.

Z jeszcze większą cierpliwością znosiła moje dziwactwa.

Z największą cierpliwością wysłuchiwała moich narzekań co do wszechobecnego, intensywnego, okropnego dymu papierosowego.

Walczyła ze snem, żebym mogła czuć się bezpiecznie z naszymi przygodnymi kierowcami, gdy to akurat była moja kolej na siedzenie z przodu.

Szła na kompromisy co do trasy, czasu, ludzi, jedzenia.

Przypominała o opuszczeniu nogawek i zakrytych ramionach przy 40stopniowym upale.

Nauczyła jeść darowane nam Snikersy i pić Colę: )

Dzielnie pisała artykuły przez całą podróż (i prawie równie dzielnie pracę magisterską: ).

Były też wyjątkowe dla mnie momenty, które zasługują na kilka słów więcej.

Szczęśliwa po fajnym pobycie w Mardin i zwiedzaniu pięknego kościoła…, no dobra, szczęśliwa po poznaniu Johna, zaaferowana całą sytuacją, zostawiłam w jego aucie aparat. Zorientowałam się po czasie, gdy już zdążyłyśmy podjechać innym autem w przeciwnym kierunku i próbowałyśmy łapać kolejne samochody. Musieli być już daleko! Agnieszka wykazała się wtedy zdrowym rozsądkiem. Ja raczej nie zdecydowałabym się na żaden wysiłek związany z odzyskaniem sprzętu, nikłe szanse, długa droga przed nami do kolejnego celu. A co tam, niech John sobie ma jakąś pamiątkę po mnie; ) Agnieszka zadzwoniła do znajomego Turka a my w tym czasie jechałyśmy już w kierunku naszego dziennikarza. Po chwili odbieram telefon: Hi, it’s John speaking. Aparat jest uratowany a ja mam szansę zobaczyć go raz jeszcze. Mimo że nie mówiłam tego na głos, Agnieszka wiedziała, jak ważne są dla mnie zdjęcia.

Słynne Hasankeyf. Idziemy wśród straganów. Ja źle się czuję, bo oczywiście zignorowałam pewnego sprzedawcę, który tak naprawdę chciał nam pomóc, dając mapy, których nigdzie indziej nie mogłybyśmy dostać. Chcąc odkupić swoje podejście do ludzi, rozglądam się za jakimś zakupem. Dostrzegamy proste bransoletki, masa perłowa nawleczona na czarny sznurek. Dodatkowo facet pyta, jaki napis nam na nich wypalić. Wybór prosty: A&P. Taki mały, głupi znaczek, ale jednak symbol, który tak jak pozłacane obrączki towarzyszył nam już do końca. Z uśmiechem na ustach zawsze spoglądałam w stronę nadgarstka.

Obie mamy bardzo dobre zdanie o naszym hostelu w Stambule. A już najlepiej czułyśmy się na tarasie z cudownym widokiem. Nie pokazywałam tego po sobie, ale strasznie było mi żal, że ta cała wyprawa dobiega końca, że kolejnego dnia rozdzielamy się z Agnieszką, że ona zaczyna Szlak Sułtański i przechodzi niejako w ręce dziwnego Holendra, którego miałyśmy okazję poznać bliżej przy realizacji trasy z pierwszego dnia szlaku (przebiegał on przez Stambuł, więc skorzystałam i ja). Byłam wściekła, gdy holenderski dziennikarz co chwila przerywał nam rozmowę w nasz ostatni wieczór. OSTATNI WIECZÓR a my ani chwili dla siebie! Przez ten smutek, żal, złość naprawdę poczułam, jak będzie mi jej brakować podczas moich kolejnych dni w Stambule. I nie tylko tam.

Jedziecie do Turcji? Poczytajcie więcej moich postów o tym fascynującym kraju. Wszystkie znajdziecie tutaj.

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Agnieszka Ptaszyńska

pisarka podróżnicza
z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka, wielbicielka włoskiej kawy i dużych psów. Straszna bałaganiara w życiu i na papierze (dysortografka). Promotorka idei odpowiedzialnego podróżowania, którą stara się przekazać na blogu. Zawsze chętnie służy podróżniczą radą. Publikowała na Onecie, w Czasie Kultury i na portalach podróżniczych. A no i napisała przewodnik po Trapani :)

Ostatnie wpisy Agnieszka Ptaszyńska (zobacz wszystkie)

4 przemyślenia na temat “Subiektywne top 5 Turcji wg Pauli, cz. 2”

  1. Jak to „darowane Snickersy”?
    i czemu nie moge otworzyc czesci I?

    1. Zależna pisze:

      hmm, mi część pierwsza działa bez zarzutu. Spróbuj bezpośrednio przez link: http://pozornie-zalezna.blog.pl/2013/12/01/subiektywne-top-5-turcji-wg-pauli-cz-1/

      A co do Snickersów, już tak to wymyślono na tym świecie, że autostopowicze dostają niespodziewane prezenty. W Gruzji i Turcji jakoś najczęściej były to Snickersy

    2. ~Ania pisze:

      Patrząc na to co się dzieje w pobliskiej Syrii to chyba bałabym się dzisiaj wybrać w taką podróż na stopa po Turcji… choć na prawdę brzmi fantastycznie! :)

      http://www.touristnavi.com/

  2. Sama wybrałabym mieszkanie w namiocie w ciepłym kraju, niż apartament z ogrzewaniem w takich warunkach jak nasze. To jest zupełnie inne poczucie wolności.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>