Kolory Diyarbakir

P1010145
0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×

Podróżowanie przez kilka miesięcy z rzędu, to już nie wakacje, na których odgradzasz się od świata i jakby robisz stop w swoim życiu. Bo życie wytrzyma tydzień toczenia się bez ciebie. Wytrzyma nawet dwa tygodnie. Ale po miesiącu zaczynają się problemy.

No a moje życie osobiste to jak jazda bez trzymanki i zawsze musi się coś wydarzyć. Właśnie się wydarzyło. Złapało mnie w Diyarbakir, stolicy Kurdystanu, jakieś 3000 kilometrów od domu. Nagle nie byłam w stanie zajrzeć do przewodnika, nic nie zachęcało do planowania trasy spacerów, a aparat był nieistotnym dodatkiem na ramię. Zdjęcia po prostu się nie pstrykały.

Spałyśmy tutaj na couchsurfingu u kurdyjskiego hipisa, w którym osobiście jestem zakochana. Pisałam już o nim tutaj. Kiedy zobaczył moją minę, wyciągnął butelkę raki i pół nocy spędziliśmy na balkonie, a ja skutecznie zraziłam się do tego alkoholu. Następnego dnia obudziłam się nie dość, że zdołowana, to jeszcze na kacu. Paulina w tym czasie załatwiła nam przewodników po mieście. Brzmiało dobrze, jednak po dojechaniu do centrum starego miasta oznajmiłam: dzisiaj beze mnie.

Planowałam przejść się przez moment w samotności, po czym usiąść gdzieś w kawiarni i przelać na papier emocje. Skręciłam więc w pierwszą ulicę w lewo i już mnie nie było dla tej wycieczce. Zaczęłam samotny spacer po Diyarbakir.

To chyba Henry Miller pierwszy powiedział, że aby poznać miasto, trzeba się w nim zgubić. Ja mam do tego gubienia się wyjątkowy talent. Wchodząc na starówki niemal zawsze zacznę spacer od zapuszczonych ulic, w których nie ma nic, oprócz cudownej lokalności. A w Diyarbakir ta lokalność okazała się być przekolorowa. Przeszłam jedną, drugą, dziesiątą ulicę. Odeszłam od murów miasta, które są po Murze Chińskim najdłuższym murem na świecie (ponad 5 kilometrów. Jednak po Chinach jest daleko w tyle, no ale zawsze drugie miejsce).Trafiłam w sam środek biedy. Zaczepiały mnie żebraczki, dzieciaki rzucały petardami, starsze kobiety siedziały przy swoich domach. Po godzinie spaceru nie wytrzymałam i jednak wyciągnęłam aparat. Ulice starego miasta Diyarbakir były jednym z najdziwniejszych, najbardziej egzotycznych miejsc, w jakim przyszło mi przebywać.

W ŻYCIU nie widziałam tylu dzieciaków. Wydaje się oczywiste, że tutejsi mieszkańcy mnożą się jak króliki. Jeszcze przed przyjazdem do Diyarbakir przeczytałam gdzieś, że miasto jest bezpieczne, jeśli nie licząc strzelających petardami dzieci. Zdziwiło mnie takie zdanie w przewodniku, ale teraz już wiem, że gdybym ja go pisała, też by się ono pojawiło. Te dzieciaki to jakaś plaga! Są na każdym rogu, w każdej uliczce, wychodzą z każdego zaułku. Zgaduję, że w mieście nie ma ani instytucji obowiązkowych przedszkoli ani ogólnego dostępu do komputerów i to ulica wychowuje. Po jakimś czasie, mimo że uliczki były przepiękne, poczułam potrzebę opuszczenia tego gąszczu kolorowych domków, w którym zaraz mogłam stracić rękę. Czas poszukać jakiejś kawiarni.

I co? I okazuje się, że to nie takie łatwe. Diyarbakir ma dwa centra. Pierwsze, to nowsze, tętni życiem i nie odbiega zbyt wiele od zachodnich metropolii. Z kolei drugie, to zabytkowe, to z murami, meczetami, kościołami i obecnością rzeki Tygrys to zapuszczona dzielnica nędzy. Potrzebny mi był bankomat: nie do znalezienia. Kawiarnia? No w końcu się udało, ale zajęło mi to dłuższą chwilę. Za to mężczyzn zapraszających mnie na kawę, oferujących zakwaterowanie przez couchsurfing i proponujących miły wieczór przy haszu – od groma i trochę. Pozwoliłam sobie na kilka darmowych herbat w kawiarni jednego z nich, drugi (tym razem posiadający restaurację) miał sposobność wygadać się na temat swojej kariery dziennikarza wojennego i tego, że jego nazwisko znajduje się w najnowszym wydaniu Lonely Planet (sprawdziłam. Nie kłamał.), w końcu wróciłam do kawiarni swojego hipisa. Kupiliśmy kolejną butelkę raki, zrobiliśmy prosty makaron na kolację i tak zakończyłam swój niezbyt intensywny turystycznie pobyt w Diyarbakir. Ostatnim, w moim przekonaniu najbarwniejszym, mieście na naszej kurdyjskiej trasie.

Jedziecie do Turcji? Poczytajcie więcej moich postów o tym fascynującym kraju. Wszystkie znajdziecie tutaj.

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Agnieszka Ptaszyńska

pisarka podróżnicza
z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka, wielbicielka włoskiej kawy i dużych psów. Straszna bałaganiara w życiu i na papierze (dysortografka). Promotorka idei odpowiedzialnego podróżowania, którą stara się przekazać na blogu. Zawsze chętnie służy podróżniczą radą. Publikowała na Onecie, w Czasie Kultury i na portalach podróżniczych. A no i napisała przewodnik po Trapani :)

3 przemyślenia na temat “Kolory Diyarbakir”

  1. Specyficzny klimat mają te tureckie uliczki. Wyglądają ciekawie.

  2. ~Mari pisze:

    Aga, miałam pewne podstawy do przekonania, że żadna informacja z Turcji tudzież Kurdystanu nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Ludzi spotykałam różnych, ogólna różnorodność tamtejsza i niestereotypowość jest jasną sprawą… A jednak Kurd – hippis – z Diyarbakir? Jak ten chłop się uchował? No twardziel musi być, dusza komandosa, zaprawdę.

    1. Haha, no jest znany w całym mieście i pogardzany jak wlezie. Ale też stworzył wokół siebie pewną społeczność, głównie młodych. Jak tam się wybierzesz to daj znać – wskażę Ci go na Couchsurfingu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×