W Mardin na kawie

P1019921
0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×

Mardin to miejsce, gdzie spróbowałyśmy menengic. Kurdyjską kawę, którą Paula potem próbowała znaleźć w kolejnych tureckich miastach, jednak bez powodzenia. Menengic jest kurdyjska i to w Kurdystanie trzeba ją spróbować, a po spróbowaniu zachwycić się i kupić. Jednak czy aby na pewno? Czy menengic ma prawo smakować gdzieś tak dobrze jak w południowo-wschodniej Anatolii?

Mardin jest pierwszym miastem w Turcji, w którym poczułam zalążki przemysłu turystycznego. Miało to swoje plusy i minusy. Z jednej strony sklepy z mydełkami i przyprawami były rajem dla zmysłów, z drugiej dokuczała mi świadomość, że pozbawione są one swojej naturalności, a większość kupujących to turyści, głównie z zachodu Turcji. Mardin było jakby informacją, że nieuchronnie zbliżamy się do stambułskiego Grand Bazaru.

Nie zmienia to jednak faktu, że barwy tutejszych sklepików wciągnęły nas do środka. A gdy tylko tam się znalazłyśmy sympatyczny sprzedawca zaproponował nam naszą pierwszą menengic.

Menengic to podawana w filiżankach wielkości tych do espresso bezkofeinowa „kawa” z zaparzonych dzikich pistacji z cukrem. Menengic przygotowuje się tak samo, jak tradycyjną kawę po turecku i, o ironio, do momentu przeczytania o menengic w internecie, byłam pewna, że mam do czynienia z prawdziwą kawą. Prawdziwą, słodką, pyszną kawą, która była istnym rajem dla naszych słodkich podniebień, a na pytanie sprzedawcy czy mamy ochotę na dolewkę, nie potrafiłyśmy odpowiedzieć nie! Jej podanie na tacy w pięknych filiżankach, w pachnącym i kolorowym sklepie z przyprawami i słodyczami zdawało się mówić: witajcie w krainie słodkości. Potraktujcie menengic, jako obowiązkowy punkt Mardin!

Turcja w ogóle stoi gorącymi napojami. Mamy słynną kawę po turecku, która broń Boże nie przypomina polskiej kawy parzonej. Mamy różne odmiany kawy, specyficzne dla każdego z regionu osobno (Mardin znane jest z mirry, której jeden łyk potrafiłby obudzić umarłego), mamy wreszcie zwyczaj picia ohydnej kawy rozpuszczalnej, w czym Turcja znacznie bardziej przypomina Polskę niż całą resztę zachodniego świata. Zawsze mnie bawi fakt, że rozpuszczalna nazywana jest przez Turków po prostu „Nescafe”. Gdy zamawiałam kawę w restauracji, zawsze dopadało mnie pytanie czy życzę sobie turkish coffee czy Nescafe. Przyznam bez bicia: po miesiącu w tym kraju tęskniłam za cappuccino.

Oprócz kaw mamy tureckie herbaty. Zaparzana w imbryku mocna esencja herbaciana wlewana jest w niewielkich ilościach do szklaneczek, które następnie uzupełniane są gorącą wodą. Podawana na talerzyku obowiązkowo z dwoma kostkami cukru, towarzyszyła mi często przez całe popołudnia.

Im dalej na zachód kraju, tym częściej pojawiały się tak zwane herbaty owocowe, z królującą wśród nich herbatą jabłkową. Była ona dla mnie jednym z najwyraźniejszych wspomnień z mojego pierwszego pobytu w Turcji. Ona, podobnie jak menengic z kawą, nie ma z herbatą nic wspólnego. Przez miejscowych często jest nazywana po prostu gorącym sokiem z jabłek (hot apple juice). Przypomina nasze herbatki w granulkach, które jako dziecko wyjadałam łyżkami z pudełek, a i za dorosłości pozwoliłam sobie z dwa razy na przyjemność kupienia paczki tej chemii. Jami, jami, jam!

Na koniec wybiegnę trochę w przyszłość i zajrzę do Diyarbakir. W jego nowej – tej żywszej części – nieopodal głównego deptaku z kafejkami, dostańcie się na tyły meczetu do Mahya Kahve Evi.

Znajdziecie się w trochę brudnej, trochę zapyziałej, ale za to ze specyficznym klimatem, knajpce prowadzonej przez Hasana. Hasan jest w Diyarbakir osobowością i prawdopodobnie jedynym hipisem w okolicy. Sześćdziesięcioletni, chudy mężczyzna Ma białe włosy mojej długości i nie krótszą brodę. Przyjaźni się z miejscowymi artystami, których można spotkać w jego kawiarni, a oprócz tego znany jest ze swojej aktywnej działalności na Couchsurfingu. Spało u niego już ponad 200 osób. O swojej knajpce mówi, że jest to pierwsza kawiarnia w mieście. Kawę podaje pyszną!

Jedziecie do Turcji? Poczytajcie więcej moich postów o tym fascynującym kraju. Wszystkie znajdziecie tutaj.

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Agnieszka Ptaszyńska

pisarka podróżnicza
z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka, wielbicielka włoskiej kawy i dużych psów. Straszna bałaganiara w życiu i na papierze (dysortografka). Promotorka idei odpowiedzialnego podróżowania, którą stara się przekazać na blogu. Zawsze chętnie służy podróżniczą radą. Publikowała na Onecie, w Czasie Kultury i na portalach podróżniczych. A no i napisała przewodnik po Trapani :)

2 przemyślenia na temat “W Mardin na kawie”

  1. Wróciłabym teraz do Turcji tylko po to, żeby napić się tej herbaty :) Albo kawy, chociaż za kawą nie przepadam. Ale w podróży to co innego. Z ciekawości próbuję tego, czego w domu bym nie tknęła ;)

  2. ~mmavon.eu pisze:

    Są pewne rzeczy, które smakują w pewnych miejscach i pewnych okolicznościach. Zupełnie w nowej rzeczywistości nie koniecznie. Taj może być ze szklanką wody, która smakuje spragnionej osobie po długiej wędrówce jak najlepszy napój na świecie :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×