Historia jednego zdjęcia, albo obraz kobiety podróżującej (lub mnie)

banner3 (1)

Kilka miesięcy temu zaczęłam się spotykać z pewnym mężczyzną. Mój typ. Przystojny, znający się na fotografii, chodzący po górach. Jednocześnie inteligentny i z niezłym wyczuciem estetyki. Poznaliśmy się w przestrzeni barowej i właściwie do niej nasza znajomość się ograniczała. Znał mnie po miejsku: ubraną na wieczór, tak by podkreślić dekolt i nogi, w szpilkach, z ułożonymi włosami, zrobionym makijażem, długimi pomalowanymi paznokciami i drogimi perfumami.

Pewnego dnia, gdzieś na początku wiosny, ale nadal w pełnym śniegu, zaproponowałam wypad w góry. Odpowiedział, że ja to bym sobie połamała swoje czerwone paznokcie na Giewoncie, nie mówiąc o czymś poważniejszym. Żartem oznajmiłam, że wezmę ze sobą pilnik ze zmywaczem. Dodał, że o tej porze roku niezbędne by były raki i czekan, i że tego nie ogarnę. Był pewien, że mnie zna i wie co mówi.

Miesiąc temu w Cagliari poznałam innego mężczyznę – mojego couchsurfingowego gospodarza. Też mój typ. Artystyczna natura lubująca się w literaturze, sztukach plastycznych i dobrym jedzeniu. Przyjechał po mnie na dworzec, gdzie czekałam na niego z sześćdziesięciolitrowym plecakiem na ramieniu, w butach i spodniach trekingowych. Rozmawiając o sposobach podróżowania, wspomniałam, że mając do wyboru leżenie na plaży i chodzenie po górach, to jednak wybieram góry. Zdaje się, że nazwałam się „mountain girl”. Powiedział, że zdążył już to zauważyć, że nie jestem laską w makijażu i na szpilkach, a dziewczyna wybierającą wygodę niezbędną do łażenia po wysokościach. Tym razem szybko to sprostowałam z czego wywiązała się nieustająca korespondencja, w której rozmyślania nad zagmatwaną osobowością człowieka zajmują bardzo ważne miejsce.

Gdyby tych dwóch mężczyzn zaczęło ze sobą o mnie rozmawiać, skończyłoby się na ostrej wymianie zdań i stwierdzeniu, że prawdopodobnie mówią o dwóch różnych osobach.

I z tego zrodził się pomysł na zdjęcie u góry bloga. I na ten, będący efektem wielu przemyśleń, tekst.

Czy jestem miejską dziewczyną, która lubi założyć mini i posiada kilkanaście par butów na obcasach? Tak. Ze szczególnym uwzględnieniem miłości do wieczornego flirtu, kolczyków i wychylania shotów w barach.

Czy jestem dziewczyną, która może przez kilka dni się nie myć, jeść byle co i spać na gołej ziemi pod namiotem? Tak. Szczególnie gdy mam na sobie swoje ukochane spodnie trekkingowe z Jacka Wolfskina, harcerski nóż przyczepiony do pasa, a wokół mnie rozciągają się połacie dziewiczej przestrzeni.

Dodatkowo uwielbiam przez kilkanaście dni z rzędu siedzieć z książką na wsi, w dresie narzuconym na strój kąpielowy, potrafię się relaksować w pięciogwiazdkowych hotelach all inclusive, gdzie mam wykupiony pakiet spa, zdarza mi się przez całe tygodnie się nie malować i chodzić po mieście w trampkach, a kiedy indziej nie wyjdę z domu bez godzinnych przygotowań, w marynarce i ze starannie ułożonymi włosami. Chętnie wybiorę się na Przystanek Woodstock, gdzie będę skakać w podartych jeansach i t-shircie, ale przejdę się też w małej czarnej na koncert jazzowy. Jadam w sushiarniach, a następnego dnia wrzucam coś na szybko w KFC. Kupuję espresso w klimatycznej kawiarni, ale dzień wcześniej wbiegłam do Coffee Heaven po duże cappuccino. Chętnie wypiję sobie kieliszek martini, ale kiedy indziej otworzę puszkę piwa. Z założenia jestem zwolenniczką oryginalnych, niemasowych ubrań i dodatków, ale to nie znaczy, że nie mam na sobie bluzki z H&M. I jadę przez pół Europy autostopem, ale przecież to nie znaczy, że nie jeździłam też francuskim TGV. Aktualnie siedzę w pociągu, mam zdjęte buty i boso siedzę po turecku, ale wieczorem jestem umówiona na proszoną kolację, gdzie będę miała nogę założoną na nogę i delikatnie paluszkami będę używać dokładnie tych sztućców, których powinnam, nie myląc przy tym nożyka do rybki z łyżeczką do lodów. I jestem obyczajową liberałką, podchodzącą otwarcie do różnorodnych form seksualności, ale nie zmienia to faktu, że stały, monogamiczny, oparty na miłości związek uważam za jedną z najpiękniejszych rzeczy na świecie.

Aha, to prawda: wolę góry od morza, ale to nie znaczy, że nie dałabym się teraz pociąć za wyłożenie się z czymś orzeźwiającym na plaży.

I w każdym z tych przypadków jestem sobą i dobrze się w tej sytuacji czuję. Każda może mnie też drażnić. A w zależności od miejsca i zdarzenia przyczepia się mi gryzące się ze sobą łatki.

Co jest nie tak z naszym ocenianiem ludzi? Stwierdzenie że człowiek nie zamyka się w pięciu podstawowych cechach jest przecież oczywistą oczywistością. A jednak kreujemy obrazy, które pojmujemy w sposób stabilny i niezmienny. Czarnobiały.

Zdjęcie, które wybrałam na nowy nagłówek bloga zostało zrobione parę dni temu na zamkniętej sardyńskiej drodze i wynika bezpośrednio z powyższych przemyśleń. Z jednej strony mam na sobie obcisłe miejskie jeansy, z drugiej pozbyłam się bluzki i stanika, bo jako „nowoczesna hipiska” (kolejne określenie, które mi niedawno nadano) ich tu nie potrzebuję. W ręce trzymam swoje ulubione dziesięciocentymetrowe szpilki od Zary, a na drugim ramieniu mam swój ukochany plecak, który był już ze mną na trzech kontynentach. Nie widzicie tego, ale na lewej ręce mam zawinięty łańcuszek z piórkiem mający związek tak z moim nazwiskiem, jak i ideą wolności, ale w uszach mam czarne koła, będące moimi ulubionymi kolczykami na imprezę. Zdjęcie, choć ustawione i zaplanowane, zostało zrobione w bardzo luźnej atmosferze, wśród śmiechu i całkiem swobodnym pozowaniu. Powiem wam, że w tym zestawie, na tej drodze, wiedząc dodatkowo, co się mieści w plecaku, czułam się sobą. Bardzo.

Nie chciałabym zbytnio moralizować. Przecież wiem, że tworzenie uproszczonych obrazów innych jest potrzebne, powszechne, ułatwiające i że sama tak robię. Ale do diaska. Chodźcie okażmy sobie nawzajem szacunek i nie spłycajmy się aż tak. Albo się chociaż postarajmy, co?

photo: Vincenzo Saldi

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Agnieszka Ptaszyńska

pisarka podróżnicza
z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka, wielbicielka włoskiej kawy i dużych psów. Straszna bałaganiara w życiu i na papierze (dysortografka). Promotorka idei odpowiedzialnego podróżowania, którą stara się przekazać na blogu. Zawsze chętnie służy podróżniczą radą. Publikowała na Onecie, w Czasie Kultury i na portalach podróżniczych. A no i napisała przewodnik po Trapani :)

7 przemyśleń na temat “Historia jednego zdjęcia, albo obraz kobiety podróżującej (lub mnie)”

  1. ~Paulina pisze:

    Fajne :) Wpadnij do mnie : ) Blog poświęcony fotografi :) Oceń mnie czy moje zdjęcia nadają : )

  2. ~travelerka pisze:

    Podoba mi się ten tekst :) Ja kiedyś wzięłam nago kąpiel w morzu w towarzystwie równie spragnionej wrażeń koleżanki i od tamtej pory przez długi czas przezywała mnie „biała d..a” ;) A przecież to nie znaczy, że nigdy nie byłam na plaży nudystów ;)

  3. To doczytałam :) Świetna historia!
    Przypomniał mi się mój pierwszy wyjazd, który był czymś więcej, niż wycieczką: mój ekologiczny wolontariat na Słowacji. Zaprzyjaźniłam się tam z pewnym Włochem, który poznał mnie od strony: brudnej, pracującej w glinie, wychylającej nieprzyzwoite ilości wina. A kiedy odwiedził mnie we Wrocławiu, doznał szoku, że mam róż na policzkach. To straszny banał, że „kobieta zmienną jest”… no, ale jest! I świetnie móc wskoczyć w szpilki, a później w górskie buty. Móc spać na plaży, w namiocie w górach, a później w maseczce żelowej na oczy, po dokładnym demakijażu ;) Wolę taką wielowymiarowość niż nudę i jeden wizerunek przez całe życie.

  4. Bardzo podoba mi się co tutaj napisałaś. Wreszcie czuję, że nie jestem sama. Już pewnie z samego faktu, że jestem kobietą jestem pełna skrajności, ale często cierpię na tym, że ciężko mnie gdziekolwiek przyporządkować. Ludzie dziwią się kiedy ubiorę się inaczej niż zwykle, kiedy powiem coś odbiegającego rzekomo od mojego „ja”, ale czy nie na tym polega życie? Świat nieustannie się zmienia, nic nie jest na zawsze, a wciąż spotykam się z oporami na zderzenie z faktem, że ja też się przeobrażam. Trochę zazdroszczę ludziom, którzy mają wszystko jasne i poukładane. Jeden styl, konkretne poglądy, obrany cel. Mnie otwartość umysłu często prowadzi na manowce, ale z drugiej strony chyba jest jednak barwniej. I nigdy nie mówię nigdy:)

  5. Jakbym czytala o sobie :-) zwlaszcza tam gdzie opisujesz swoje style podrozowania ;-) mialam niezly ubaw, gdy w ostatnia noc na Filipinavh podjechalismy przeladowanym „trajkiem” pod ekskluzywny osrodek ;-) bo akurat mielismy ochote spedzic nocleg w fajnym miejscu po dwoch tygodniach „road trip’u”…
    Ja tez sie rownie dobrze czuje w traperach jak i w szpilkach. A ostatnio jeszcze w kombinezonie motocyklowym :-)

  6. ~Malinka pisze:

    Jesteś super dziewczyną, a nikt nie powinien przypinać karteczki i uważać że już zna Cię na wylot, jest wiele rzeczy , które chcemy zrobić i niekoniecznie muszą być one do siebie podobne :)

  7. ~Mikołaj pisze:

    Bardzo fajny tekst. Często oceniamy ludzi po pozorach, po tym jakie zrobili na nas pierwsze wrażenie. I choć wiemy, że świat nie jest czarno-biały to niestety lubimy go do takiego poziomu spłycać (bo tak nam wygodniej). Szufladkowanie wg jakiegoś typu osobowości pozwala nam na w miarę szybką, acz często mylną ocenę drugiej osoby. Ważne, abyśmy nie zamykali takiej szufladki na klucz, a starali się zapełniać ją kolejnymi informacjami o danym człowieku (budowali jego pełniejszy, bardziej prawdziwy wizerunek). Musimy pamiętać też o tym, że nasza ocena jest oceną subiektywną i każdy może odbierać drugiego człowieka w zupełnie odmienny sposób.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>