Grüß Gott Bad Kleinkirchheim

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×

No i jesteśmy. Patrzymy za okno, a tam śnieg powoli zmienia się w wodę, a z nieba lecą anielskie łzy. Do tego jakieś plus pięć stopni. A z Krakowa mi donoszą, że -10 i że niby całe miasto zamieniło się w lodowisko. Myślę o moich stu tysiącach par kozaków na obcasie, z których żadne nie zostały zaopatrzone w futerko, nie mówiąc już o chropowatej antypoślizgowej podeszwie i śmieję się w duchu, że mnie tam nie ma.

nasz domek

Ale po kolei. Dostały nam się dwa sympatyczne mieszkania (zmywarka, pralka, mikrofala i co tylko chcecie included) w domu oddalonym o 200 metrów od orczyka prowadzącego bezpośrednio na wszystkie ważniejsze trasy narciarskie. Generalnie miejscowość taka sobie. Podobno jestem w niej już drugi raz i faktycznie: przypominam sobie, że w tym kiosku kupiłam kiedyś bryloczek do kluczy z Nici, a w tamtej informacji turystycznej szlifowałam swój cudny angielski trzynastolatki.

widok z okna

Jest sobie oto jedna droga. Przy niej z dwa supermarkety, stacja benzynowa, kilka sklepów. Ze dwa kościółki, ewangelicki i katolicki, kilka wyciągów i to w sumie byłoby tyle. Zabytkowo to tu nie jest. W porównaniu z malowniczym Tyrolem… cóż, no brzydko nie jest (jak może być brzydko w górskiej dolinie?), ale to tylko Karyntia. Generalnie miejscowość jako architektoniczny wyczyn ludzkich rąk raczej nie powala.

No ale kto jeździ do Austrii zwiedzać? To znaczy do Karyntii i w środku zimy? No nie bardzo. Przejdźmy więc do sedna. Jak oceniam teren narciarski?
A no oceniam. I, mimo pewnych minusów, wychodzi mi bardzo na plus.

mapka rejonu narciarskiego

Teren nie należy do największych. 100 kilometrów tras, 25 wyciągów. Właśnie te wyciągi do minusów należą. Pamiętają czasy Franciszka Józefa co najmniej, a nie jestem pewna, czy nie jeździła już na nich Maria Teresa. Trzęsą się, są obśrupane, zimne i wolne. Wchodzisz do takiej gondoli i żałujesz, że nie masz przy sobie książki (a czytam „Dzienniki kołymskie” Hugo-Badera, więc tym bardziej). 25 minut na szczyt! Akurat żeby zmarznąć i zamarzyć o grzańcu w jakiejś przytulnej knajpie (cwani Austriacy na samym szczycie jedną postawili.)

Za to trasy przepiękne! Szerokie, długie (jedna niebieska ośmiokilometrowa, kilka czerwonych cztero). A na nich: NIKOGO!!! Zupełne pustki przypominające, że jesteśmy daleko od Amade Ski czy innych hiperresortów. Całe trasy można przejechać nie spotkawszy po drodze żywej duszy. A to lubię niezmiernie. Zwłaszcza jak trasy są szerokie, odpowiednio ostre i dobrze ośnieżone. Jeździ się po prostu rewelacyjnie.
A że góry do Alp wysokich nie należą – rzucając tę uwagę spotkałam się z ojcowskim oburzeniem, że każda z nich jest wyższa od Rys – to i jakoś piekielnie mroźno nie jest. Zresztą teren jest reklamowany, jako dobry na niezbyt wyczerpujące wędrówki piesze. Na mapce wygląda, że można po szczytach przejść dookoła całej doliny obserwując miasteczko ze wszystkich stron. Ładnie. Niewyczerpująco, średnioalpejsko ładnie. Wydaje mi się, że Alpy są zaniedbane przez zwolenników mocnych doznań. Jasne, tu nie ma możliwości wejścia na sześciotysięcznik, oczywiście, zawsze znajdujesz się w pobliżu cywilizacji i tak, na szlaku twojej wędrówki znajduje się zielony szlak narciarski z zamkniętym wyciągiem przy boku. Ale nie zmienia to faktu, że na kilka dni można się w nich zgubić. Tak że apeluję: Nowa Heloiza ma już z dwieście pięćdziesiąt lat, czas na nową alpejską narrację.

Dobrze, zjedźmy już z tych gór bo Bad Kleinkirchheim chce się przypomnieć, że to nie koniec, że trzeba wspomnieć o czymś jeszcze. Panie i panowie: Termy. Cudne, olbrzymie, trzy piętrowe termy, z basenami na świeżym powietrzu, jacuzzi i dziesiątkami saun. Nie przesadzam. Z tego co na prędko liczę jest ich tam 15. Parowe, fińskie, tureckie – co chcecie. Co pół godziny w którejś z nich odbywa się rytuał i w temperaturze stu stopni fundują ci olejki miodowe, winne czy czekoladowe. W chwili przerwy możesz sobie zafundować przepyszny koktajl mleczny w tamtejszej restauracji. Dwie godziny tam to za mało. Trzy… no, na styku starczy.

strefa saun w Romerbad Thermal Spa

Zdjęć z term nie będzie, bo jak przystało na termy obowiązuje tam zakaz wnoszenia tak aparatów fotograficznych jak i jakichkolwiek skrawków odzieży. No może choć jedno ze strony byście mogli wyobrazić sobie w jakich warunkach się to wszystko odbywa. Ja stamtąd mogę nie wychodzić!

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Agnieszka Ptaszyńska

pisarka podróżnicza
z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka, wielbicielka włoskiej kawy i dużych psów. Straszna bałaganiara w życiu i na papierze (dysortografka). Promotorka idei odpowiedzialnego podróżowania, którą stara się przekazać na blogu. Zawsze chętnie służy podróżniczą radą. Publikowała na Onecie, w Czasie Kultury i na portalach podróżniczych. A no i napisała przewodnik po Trapani :)

Jedno przemyślenie na temat “Grüß Gott Bad Kleinkirchheim”

  1. ~Marcin Marc pisze:

    Napradę jest czego zazdrościć. Ja w tym roku (pewnie w listopadzie) wybieram się w Alpy,ale jeszcze nie wiem czy w francuską część, czy Niemiecką.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×