Kolej w Chinach

Ta instytucja wymaga osobnej notki.
Kiedy wreszcie postanowilam opuscic Pekin i w zwiazku z niedostatkiem czasu wybrac sie bezposrednio do Szanghaju, wybralam sie na dworzec kolejowy. Wiedzialam juz, ze pociagi do Sz. wyjezdzaja co ok. 10 minut, nie przejmowalam sie wiec ewentualnym brakiem biletow i na stacje pojechalam z calym swoim dobytkiem.

To co zobaczylam przeroslo moje mozliwosci poznawcze. Wyobrazcie sobie wielki plac, a na nim kilkadziesiat bramek przejsciowych. Przed kazda z nich kolejka na conajmniej kilkadziesiat osob. Zorientowalam sie, ze przekraczaja je juz z biletami w rece, wiec najwyrazniej kasy musza byc gdzie indziej. Po chwili ogledzin znalazlam okienko z napisem „platform permition – 2Y” (ok. 1zl). To widocznie musialo byc tu. Kto wie, moze bilety kupuje sie na peronach. Pani z okienka jednak w swojej nienagannej chinszczyznie, wspomagajac sie jezykiem migowym odeslala mnie na prawo. Czyli wlasnie do bramek. Niestety po tym jak grzecznie przeczekalam kolejke (jeszcze ciagle nie potrafilam sie przepychac – dzis idzie mi to lepiej), zostalam odeslana jeszcze bardziej na prawo. W koncu na drugim, niewidocznym z mojego poczatkowego polozenia, koncu placu znalazlam! Wielka hala, a w niej 40 kas. Wszystkie otwarte, a przy kazdej kasie kolejka na jakies 30 osob. Z rozpacza szukalam automatow biletowych – niestwierdzono. Za to na szczescie w jednej(!) z kas mowili po angielsku. Ustawilam sie grzecznie, i po 45 minutach, w trakcie ktorych zdazylam sie zaprzyjaznic z dwoma bardzo milymi Szwajcarkami, z ktorymi potem zjadlam sniadanie w McDonaldzie, udalo mi sie kupic bilet na za dwie godziny i… z innej stacji. Na szczescie dotarlam na nia bez
problemu. To bylo pierwsze zdumienie chinska koleja.

NIe trzeba bylo dlugo czekac na drugie. Dworzec Poludniowy, na ktory mnie wyslano nie byl dla mnie dworcem. To bylo lotnisko! I to nie
jakis krakowski czy wroclawski wypierdek (nawet z nowym terminalem) (pisane na komputerze w hostelu. Brak polskich liter nieunikniony, ale za to mniej literowek). Nie! To bylo porzadne wielkie lotnisko (zdaje sie ze Okecie tez nie moze sie z nim mierzyc) z przejsciem
bezpieczenstwa, wielka, nowoczesna hala odlotow z dziesiatkami kawiarn, restauracji i sklepow. Byly tez slynne „gates”, przed ktorymi
staly w rzedach krzesla, a na nich ludzie bawili sie smartfonami (w chinskim metrze jesli ktos czyta to na iphonie, jesli gra to na
iphonie i jesli oglada film to na iphonie). Jedyne co w tym lotnisku nie bylo lotniskiem, to to ze zamiast do samolotow, wchodzilo sie do
pociagow. Podobna stacje widzialam potem w Szanghaju. Zapewniam, w porownaniu do nich nasze modernizacje stacji glownych Wroclaw i Poznan moga schowac sie gleboko w latach 90tych.

Zaskoczenie trzecie. W sumie nie bylo zaskoczeniem. Ale bylo przezyciem tego na co czekalam. Chinski ekspres! 1200km w 5 godzin i
20 minut. Mialam przed soba informacje z jaka predkoscia jedziemy. Przyjemnie patrzylo sie na to 309, 310, 311…A za oknem chinska bieda i chlopi (proletariat?) pracujacy z koszami na plecach i kapeluszami na glowach. Takich dokladnie jak sobie wyobrazacie! No… takimi… Chinskimi :)

Zaskoczenie czwarte: Probowalam z Szanghaju kupic bilet na pociag nocny do Tunxi. Jest tam swieta gora Chinczykow, podobno absolutne must see. Probowalam na dwie noce do przodu, na trzy noce do przodu, na cztery juz nie moglam sobie pozwolic. Nie udalo sie. Wszystko zajete! Do ostatniego miejsca stojacego.

I zaskoczenie piate. W Szanghaju znalazlam! Tak jest! Byly automaty do biletow. Z chytrym usmiechem na twarzy pognalam do wolnego, wybralam interesujaca mnie destynacje, rodzaj siedzenia i dzien i przeszlam do zaplaty. W koncu pojawila sie prosba, zebym przylozyla swoje ID. Elektryczne. Paszport nijak nie dzialal. Maszyna obslugiwala tylko dokumenty chinskie A Wszystko to w pieknej mowie angielskiej.

Bo to sa wlasnie Chiny. W ksiegarniach przy dzialach beda nazwy chinskie i angielski dodatek „foreign literature”, na aptekach napis
Pharmacy, na informacji turystycznej Tourist Information. Nie nalezy sie jednak ludzic. Potrafia powiedziec hello i tsankju. Ale czy mozna
ich winic? No nie mozna.

Notka napisana na komputerze w hostelu, wobec czego brak polskich liter jest oczywisty. No ale przynajmniej jest mniej literowek, niz
gdy pisze z komorki. Literowek ktorych, wybaczcie, poprawiac nie bede!

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Agnieszka Ptaszyńska

pisarka podróżnicza
z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka, wielbicielka włoskiej kawy i dużych psów. Straszna bałaganiara w życiu i na papierze (dysortografka). Promotorka idei odpowiedzialnego podróżowania, którą stara się przekazać na blogu. Zawsze chętnie służy podróżniczą radą. Publikowała na Onecie, w Czasie Kultury i na portalach podróżniczych. A no i napisała przewodnik po Trapani :)

Jedno przemyślenie na temat “Kolej w Chinach”

  1. ~Tomo1976 pisze:

    Byłem w Chinach 6 lat temu i pamiętam, ze na dworcu tez tylko w jednej kasie rozmawiali po angielsku. Na prowincji to już w ogóle było ciężko. W Shanhaiguan nad Morzem Żółtym był kłopot z kupieniem biletu powrotnego do Pekinu, bo nikt w kasie nie znał angielskiego. Na szczęście w kolejce trafił się Chińczyk mówiący po rosyjsku. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>